Personalnie ten rok był dosyć ciężki. Pokłosiem tego były wczesne postanowienia, że pod kątem maratonów go odpuszczam, skupię się na szlajaniu na własną rękę szukając idealnych szutrów. Miło obserwowałem majowe ultramaratony, z myślą, że mnie to nie dotyczy, te narzekania na trasę, na pogodę i wszystkie te emocje które pojawiają się przed dojazdem na metę. A później dostałem telefon, że Justyna z Marcinem będą w Warce, czyli chwilę kręcenia korbą od Łodzi. Pierwszą reakcją było, że przejadę się, pogadam, pokręcę się na starcie i zwinę się z powrotem na zachód. Ale po kilku godzinach emocje wzięły górę, spontanicznie na 53 godziny przed startem zdecydowałem się, że też chcę jechać. Szybkie pakowanie bez listy, bo mniej więcej wszystko mam w głowie, jadę z dosyć minimalistycznym ekwipunkiem. Pokłosiem tego założenia był powrót do mieszkania sprzed drzwi pociągu, gdy uświadomiłem sobie, że kurtka przeciwdeszczowa wciąż leży w szafie. Lekkie problemy logistyczne, mogło być gorzej.

W Warce jestem w czwartek po południu, wystarczająco by wypocząć i odespać ostatnie dni. Poranek jest lekko mówiąc niespieszny, do tego stopnia, że to ja jestem poganiany, gdy zazwyczaj sytuacja wygląda odwrotnie. Po 7 jesteśmy z Marcinem na starcie. Ruszamy o 8 z luźnym nastawieniem jazdy z naszymi nawykami, tj niespiesznej, ale pozbawionej zbędnych postojów. Jedzie się ciężko, czuję jak pospinane mam ciało.

Zaczynamy asfaltem, później wjeżdżamy w piękne sady z szutrami i krótkimi odcinkami piasku. Satysfakcjonujące drogi okraszone świetnymi widokami. Tak de facto można określić pierwsze 150km trasy, aż do Czerwińska nad Wisłą. Tam pożeram garściami truskawki, chłodzę się w fontannie, napełniam bidony i jadę dalej. Zaczynają się lekkie piachy, ale jestem świeży, traktuję to jako koloryt, mam dobre tempo i odrywam się od Marcina z którym jechaliśmy razem.

Po 200km gdy miałem już wizję ciepłego posiłku w Ciechanowie piachy tracą miano kolorytu, a są już męczącą przeprawą. Deszcz zamienia górną warstwę nawierzchni w błoto, a ja coraz częściej zastanawiam się nad sensem wpychania słowa “gravel” w każdy aspekt kręcenia pedałami. Po chwili dojeżdża do mnie Marcin i jakoś dociągamy się do punktu żywieniowego. Tu podejmujemy dość nietypową decyzję w kontekście czasowym, bierzemy nocleg w hotelu. Głównie celem skorzystania z łazienki, zmycia z siebie całego błota. Odpoczynek w pozycji wertykalnej również jest wyjątkowo przyjemny. Po prawie czterech godzinach znowu jesteśmy na rowerach. Ciepły makaron i zimny deser chałwowy poprzedzone gorącym prysznicem postawiły mnie na nogi.

Pojawia się pierwszy zawód sprzętowy tej trasy, zamokły mi powerbanki Knoga. Zostałem z czołówką i pełną baterią w nawigacji. Komfort niższy, ale jedziemy we dwójkę z Marcinem, więc nie ma tragedii. Jazda nocą jest dla mnie uspokajająca, odpada codzienne przebodźcowanie, można skupić się na słuchaniu ciszy otaczającego świata przerywanej szumem opon i chlupotem kałuż. Mam tylko spory dyskomfort psychiczny uciekającej energii z akumulatorów. Nie brałem ładowarek, zakładałem, że trasa pójdzie w miarę sprawnie. GPSa przełączam na tryb oszczędzania energii, przez co kilka razy muszę zawracać, po tym jak włączył swój ekran zbyt późno i przeoczyłem skręt.

Budowała mnie wizja stacji w Różanie, gdzie można było spożyć paskudne espresso i poleżeć chwile na podłodze. Nocą patrzę na świat spokojniej, więc piachy pokonywane na młynku mnie aż tak jeszcze nie dobiły. Jedyne co pamiętam to bezwietrzną pogodę i spływający pod okularami pot przy ciągnięciu roweru przez cięższe fragmenty. Następny postój na stacji w Broku, również celem wypicia czegoś ciepłego. Stacje benzynowe są olbrzymim ukojeniem na każdym wyścigu. Te wzdłuż trasy na czas wyścigu zapchane są nie kierowcami, lecz kręcącymi się za kawą, leżącymi na podłodze lub kupującymi żelki rowerzystami. Kawałek dalej zdarza mi się kolejny sprzętowy defekt, pęknięty pręt siodła. Sklejony taśmą i opięty zipami musi wytrzymać jeszcze przeszło 200km trasy.

Świt powoli przeistaczający się w poranek przynosi świetne widoki, ale przypomina również o zmęczeniu i braku snu. Czuję olbrzymie znużenie, które ciężko czymkolwiek zgasić. Kilka następnych godzin wspominam jako powolne turlanie się, gdzie jedyną motywacją był dojazd na metę i wytknięcie organizatorom, że piach to nie to samo co żwir i szuter. Zacząłem mierzyć metry, a nie kilometry. Co kilka-kilkanaście minut zatrzymywałem się, by ruszyć głową, lekko się ocucić. Jeden z postojów spędziłem leżąc na skraju pola, gdzie okazał mi się największy kryzys poranka.

Słyszę po chwili zgrzyt tarcz, dźwięk bębenków. Dojeżdza mnie grupa, pytają czy na pewno dobrze się czuję, choć już nie proponowałem leżenia obok. Zwijam się po chwili, dojeżdzam, odzyskuję siłę. Przez moment jedziemy razem gadając, gdy pada pytanie, o której kto startował. I wtedy słyszę, że pół godziny po mnie. Był to największy kop motywacyjny tej trasy. Odjeżdżam im na piachu i staram się te 30 minut nadrobić. Motywuję mnie dodatkowo granatowe-czarne niebo.

Resztę trasy spędzam na mijaniu rowerzystów o wzroku, który uświadamia mi, że jednak miałem namiastki snu i odpoczynku. Ci mijani jechali nieprzerwanie. Wymieniam kilka wiadomości z Marcinem, co się dzieje, gdzie kto jest. Nam obu padają baterie w telefonie i reszcie elektroniki. Ostatnie 50km trasy musiałem już nawigować z zegarka na ręku. Poszło w miarę sprawnie, choć kilka razy musiałem zawrócić.
Po przekroczeniu Wisły zostajemy wpuszczeni na ostatniego oesa z glinianymi ściankami, po których zsuwam się z totalnym brakiem trakcji. Widząc ścieżkę od góry przypomniałem sobie tylko, jak lekkie mam opony. Tym razem udało się bez gleby ku mojemu zdziwieniu.
Kawałek dalej udaje mi się w końcu znaleźć wodę. Zatrzymuję wyprzedzającego mnie motocyklistę i błagam o cokolwiek do picia. Jest duszno, czuję się lekko otumaniony.
Po przejechaniu kawałka wśród sadów mam świetną okazję na zapoznanie się z florą wałów przeciwpowodziowych co zapewnia mi wpadnięcie koła w koleinę i spektakularna gleba. Na metę dojadę z gustowną glinianą skorupą na łydce i pękiem trawy pod butem.
Wizja burzy jest coraz bliżej, wiatr jest coraz większy. Wieje idealnie w twarz. W końcu jednak wygrzebuję się na ostatnie asfalty przed Warką, gdzie dostaję SMSa, że kilkaset metrów przede mną jest grupa i mam jechać. I jechałem, tzn podchodząc pod tętno maksymalne i krzycząc z bólu lewego achillesa, ale jechałem. Udaje mi się minąć kilka niespodziewających niczego osób, a na metę wpadam równo z zawodnikiem, z którym byliśmy w jednej grupie startowej. Tak, dziękuję za SMSa Kasiu, było warto. Na mecie odcina mnie przez te ostatnie zbyt intensywne minuty i kładę się na trawie. Wszystkie fanty dostaję od organizatorów na leżąco, było mi wyjątkowo miło, że nie musiałem się szybko podnosić.
Staram się jednak ocknąć, w zasadzie to podnosi mnie Justyna i prowadzi na posiłek regeneracyjny. W międzyczasie przyjeżdża grupa z Arturem Drzymkowskim, której to starałem się odjechać. Było warto, ja dojechałem suchy, oni średnio
Wracam do hotelu, staram się ogarnąć i jestem z powrotem na mecie oczekując Marcina. Oczywiście klasycznie dla niego, maraton kończy w deszczu. Tego samego dnia wracam do Łodzi i idę spać na kilkanaście następnych godzin.

To w sumie jak było?
Podsumowanie będzie klasyczne, zaciągnięte z podręczników. Przytoczę jeszcze raz to, o czym wspomniałem wcześniej: czekam, aż świat się trochę uspokoi w tym ferworze hasła “gravel”. Jestem wybredny i rzadko mówię o trasie, że jest świetna. Ta nią na pewno nie była. Z drugiej strony nie przerażajcie się moim narzekaniem. Całość organizacji oceniam pozytywnie i na pewno postaram się pojawić na następnych edycjach. Być może jednak z parawanem, bo ilość piachu była odpowiednia na jego rozstawienie.

Sprzęt:
- Custom Karamba Bikes
Tak, rower gravelowy był odpowiedni, choć wybrałbym inne opony. WTB Byway dobrze cięły piachy, ale miałem cały czas świadomość, że lubią się dziurawić i lać mleko na wszystkie strony. Za to lemondka nie była konieczna. - Spakowałem się w framebag Triglav oraz torbę Mag-Tank 2000 od Revelate Design Zero zastrzeżeń, miałem idealną ilość miejsca
- 3 bidony 0.7l z wodą lub różnymi kombinacjami elektrolitów i soków dostępnych w sklepach. Wystartowałem z dużym zapasem jedzenia upchniętego w koszulce, co pozwoliło mi ograniczyć zakupy
- Ubrania:
Jako pierwsza warstwa, którą przez cały czas miałem na sobie- Ashmei Baselayer Merino
- Pedaled Odyssey Jersey
- Sigr Cargo Bibshort
- Ashmei Merino Socks
Do tego w zależności od potrzeb dokładałem:- Rękawki oraz chusta Ashmei Merino
- Kamizelka Ashmei Cycle Gilet
- Nakolanniki windstopper
- Ochraniacze na buty Endura (ich ostatni maraton, niestety porwały się od “spacerów”)
- Kurtka Gore Shakedry
- Elektronika:
- Hammerhead Karoo 2
- Knog PWR oraz Plus
Piotr Fornal
Gratuluję dobrego startu i dzięki za fajną relację. Pamiętam Cię na mecie Mazowieckiego, jak brudny spałeś przy stole