Wisła 1200 oczami kobiety, kobieta kobietę zrozumie. 1
Wisła 1200 oczami kobiety, kobieta kobietę zrozumie.

Długo wyczekiwałam startu w Wiśle 1200, naprzemiennie towarzyszące mi emocje ekscytacji i lęku rosły z miesiąca na miesiąc. Wiedziałam jednak, że to wydarzenie będzie niezapomnianą przygodą…



PRZYGOTOWANIA


Sprzęt…

Tu poczyniłam wielkie zmiany w porównaniu do poprzedniego roku.

Wymiana roweru … zakupiony w nagrodę za zakończenie studiów nowy Diverge Comp Carbon sprawdził się wyśmienicie… gdy wsiadłam na niego pierwszy raz, uświadomiłam sobie, że jednak rower też ma znaczenie.

Wymiana nawigacji … zakup nowej nawigacji był chyba jedną z najlepszych decyzji zakupowych ostatnich czasów… pomimo mojej zerowej orientacji w terenie nie zgubiłam się ani razu, a wierzcie lub nie, na pierwszy (oblany) egzamin z prawka napisałam sobie na rękach, która strona jest prawa, a która lewa. :P

Zmiana torby i minimalizacja bagażu … tu kolejny raz posłuchałam rady Marcina i mój wybór padł na Tailfin, poprzedni rok jeździłam w torbie podsiodłowej Specialized i z ręką na sercu powiem, że rozwiązanie Tailfin jest genialne, łatwość pakowania i wyjmowania z niej rzeczy rekompensuje sporą cenę torby… no i oczywiście tym razem spakowałam się dosyć minimalistycznie… w porównaniu do Pomorskiej500_2020 zamiast 3 ręczników wzięłam całe zero. W torbie znalazły się dodatkowo, odzież od deszczu, wiatrówka, kamizelka, rękawki, nogawki, oraz koszulka Merino z długim rękawem. No i podstawowa kosmetyczka, czyli szampon, żel pod prysznic, szczoteczka i pasta do zębów i szczota do włosów.


Treningi i przejechane kilometry …

Tu wstyd się przyznać, ale ilość pokonanych przeze mnie kilometrów (nie wliczając Pomorskiej 500 i Szuter Master) były minimalne .. od początku roku przejechane miałam może 500 km...

Jeżeli chodzi o treningi, to stosuję:
- siłowy -> wielokrotność 25 kilowych paczek z kawą noszonych w butach na obcasie chyba wyrabiają mięśnie.

-cardio -> no w końcu, ktoś musi biegać do Paczkomatów by klienci na czas dostali zamówione ubrania lub pyszną aromatyczną kawę. :) 

 

Logistyka …

Chyba, nie ma odcinka specjalnego, o którym się nie słyszało. Relację, vlogi i opisy maratonu pozwalają poznać trasę, nim naprawdę ją pokonasz. Marcin, który jechał, każdą edycję Wisły ponadto opowiedział mi jeszcze raz, dokładnie co spotka mnie na trasie i pomógł ułożyć plan na wyścig.. ten, który wydawał mi się nie osiągalny, zakładał około 200 km dziennie i dotarcie na metę w mniej niż 150 godzin… udało się przejechać w niecałe 130. :) 


KRAKÓW - PRZYSŁOP

Do schroniska postanowiliśmy wybrać się nie w przed dzień startu, lecz 2 dni przed, aby odpocząć i zebrać siły na nadchodzące dni w siodełku. Była to jedna z lepszych decyzji, ponieważ niezmęczeni trasą mogliśmy cały dzień odpoczywać i porozmawiać z innymi przybyłymi, których nie widzieliśmy od roku.

Kto jechał, ten wie, że nie ma jak wyjechać autem pod schronisko. W tym roku oprócz rowerów i toreb mamy flagi. ;-)

Co zrobisz, jak nic nie zrobisz…

Przyczepiamy flagi do naszych Tailfinów – Marcin bierze ciężkie elementy do wbijania w ziemie, mi przychodzi transportować maszty … jedziemy pod schronisko.

Widok jest komiczny, Marcin robi mi zdjęcie… które będzie pamiątką na lata.


W schronisku jemy kolacje, o tej godzinie jest już tylko zupa… pomidorowa z ryżem. ;-)
Dla tej pomidorowej, warto wystartować w Wiśle…

Idziemy wcześnie spać, rano budzi mnie śpiew ptaków, to dla mnie niecodzienne, w Krakowie raczej słychać samochody.

Schodzimy na śniadanie, do schroniska powoli przyjeżdżają uczestnicy maratonu… dzień mija w atmosferze wspomnień, opowieści i w radosnej atmosferze.

Przed oficjalnym powitaniem… zaczęłam się mocno stresować… zaczęłam myśleć, na co mi to jest i, że rano wracam do domu.

Aby nie histeryzować, w pokoju pełnym osób popłakałam chwilę w łazience… jednak szybko wmówiłam sobie, że DASZ RADĘ !!!

Po przybiciu piątki z Marcinem na dobranoc i pożegnaniu się z pozostałymi towarzyszami obecnymi w pokoju poszłam spać...przyznam, że sen był dobry.


PORANEK 

Ubieranie, śniadanie, robienie jedzenia na drogę (tortille z serem sprawdzają się idealnie), pakowanie, dopakowanie torby…
Czas zejść po rower, sprawdzić, czy wszystko gra, przypiąć torbę i w drogę…

Wszystko wydawało się na swoim miejscu… wydawało się, bo gdy zeszłam na dół, nie mogłam odszukać przedniej lampki… zła, zestresowana i pełna obaw wybuchłam…oberwało się nie komu innemu niż sprawcy mojego pobyty tam ;-) … ale maraton i emocje podczas niego rządzą się własnymi prawami…


DZIEŃ I
PRZYSŁOP – KRAKÓW 199 KM
(plan PRZYSŁOP – NIEPOŁOMICE)

Chyba najcięższy dzień na trasie….

W nastawaniu przerażenia i po pożegnaniu z Marcinem i Piotrem, którzy pognali przodem, ruszyłam w drogę…
Pierwsze kilometry jadę bardzo ostrożnie, słyszałam o wielu przypadkach upadków czy awarii na pierwszych kilometrach, a wiedząc, że przed sobą mam jeszcze 1200 kilometrów nie spieszę się szczególnie…

Ogromna mgła uniemożliwiała podziwianie widoków na pierwszych kilometrach, ale kolejne dni zrekompensowały to z nawiązką.

Około 10 rano stwierdziłam, że zarezerwuję hotel w Niepołomicach, zaplanowałam kolację w ZWAŁ jak ZWAŁ i nocleg, jednak ku mojemu ogromnemu zdziwieniu nie było już miejsc w hotelu bliskiemu trasy … nie spodziewałam się, że Niepołomice są tak oblegane przez turystów. ;) No może, gdy człowiek mieszka obok nie dostrzega piękna tego miejsca. 

WAŁY GOCZAŁKOWICKIE

Jadąc spokojnie, po dosyć prostym terenie wiedziałam, że nieubłaganie zbliżają się słynne wały Goczałkowickie.

Wiedziałam, co mnie czeka, dlatego z nastawieniem - to zajmie godzinę, postanowiłam, pokonać pierwszy „odcinak specjalny” - jak by nie mówić, odcinek ten był bardzo specjalny. ;-)

Chwila nieuwagi i BAM…

W wielkim stylu wpięta w pedała stoczyłam się z wału (na szczęście nie na lewą stronę, prosto do Wisły), jadący za mną koledzy nie zastanawiając się długo, ruszyli mi z pomocą, pierwsze usłyszałam, czy żyje, krzyknęłam, że tak. Pomogli mi wstać… zapytali, czy wszystko OK … w sumie wszystko było… z wyjątkiem pamiątki w postaci pocięcia i poparzenia całych nóg. Skończyć się mogło wiele gorzej.

...

Po wałach przyszedł czas na las bobrowy… o ten krótki odcinek sprawił, że przez kolejne około kilkadziesiąt kilometrów miałam dosyć i chciałam wracać do ciepłego domu…

Kolejne kilometry biegły mi bardzo powolnie… Otuchy dodawali ludzie, który wychodzili na ulice, by kibicować uczestnikom wyścigu… chwilami aż się wzruszałam, ale dostawałam POWER i siły na kilka kolejnych kilometrów.

Chyba czuwała nade mną jakaś opatrzność, bo w chwilach wielkiego zwątpienia zawsze pojawił się koło mnie ktoś znajomy, kto krótką rozmową i dobrym słowem dodał motywacji do jazdy.

... 

Olek, Łukasz, Krzysiek, i Piotrek z Leonem – panowie zjawiliście się za moimi placami w najlepszym z możliwych chwil.

Za Czernichowem byłam już u „siebie”, trasę tą, jednak po drugiej stronie Wisły często pokonywałam podczas weekendowych wypadów na rower. Znajomość terenu oraz poczucie, że „jestem prawie w domu” nie do końca pomagały w motywacji. 

Byłam tak blisko a tak daleko...

Pewnie nikt z Was nie pamięta kominów elektrowni w Skawinie widocznych po prawej stronie … jakieś 30 kilometrów przed Tyńcem… kto by zwrócił na to uwagę… Dla mnie był to sygnał „jestem w domu”, tak po drugiej stronie Wisły mieścił się mój dom rodzinny… wyciągnęłam telefon, wykręcam numer do rodziców, pozdrowić ich  „z domu”, w tej chwili słyszę za sobą krzyk, ktoś wypowiada moje imię. Mając na słuchawce, jeszcze mamę odwracam się i widzę Piotrka i Leona… i to jeszcze z kamerą… no teraz to nie mogę się popłakać, zejść z trasy i jechać do domu…

Zaciskam zęby i jadę dalej…

Czekam na Tyniec, kurde znam te tereny, trasę od chwili spotkania Piotrka i Leona tylko ponownie po drugiej strony Wisły pokonałam w swoim życiu kilkadziesiąt jak nie set razy. Ta trasa poprowadzona jest tak, że poznaje nowe nieznanej mi piękne tereny, których do tej pory nie znałam.

Tyniec, kopce, ZOO i w końcu czuję się u siebie. Przy krakowskich błoniach dostaje „wiatru w żagle”, spotykam  wtedy 2 chłopaków (wybaczcie, że nie pamiętam imion), którzy mają nocleg w znanej mi okolicy. Mówię im, żeby jechali za mną, bo chwile przed ich hotelem ja skręcę na swój nocleg i pokieruje ich jak najprościej im, dojechać do ich hotelu.

Mknę przez Kraków, z uśmiechem na ustach, na rynku wiem, że nie będzie łatwo, bo ludzie chodzą tam jak chcą, jednak sprawnie omijam ludzi. Nie patrz na nawigację, bo przecież znam ten odcinek na pamięć docieram do Kładki Bernatki, żegnam się z kolegami, wskazuje im najszybszą trasę do hotelu i tu kończę swój pierwszy dzień z Wisłą 1200.

W apartamencie zostawiam rower, zamawiam pizzę, schodzę do sklepu, biorę prysznic. Woda sprawia, że pocięte i poparzone na wałach nogi przeokropnie bolą. Wszystkie apteki w okolicy już są zamknięte. Nie chce łamać regulaminu, prosząc kogoś znajomego, aby przywiózł mi jakieś środki opatrunkowe.  Przeszukuję apartament w poszukiwaniu apteczki, niestety nie ma tam wody utlenionej. Odkażam nogi żelem do dezynfekcji... O ku**a do tej pory czuje ten ból i pieczenie. Zajadam się pizzą i idę spać.

 

 


 

DZIEŃ II
KRAKÓW - SANDOMIERZ 232 KM
(plan NIEPOŁOMICE - SANDOMIERZ) 

Budzik nastawiony na wczesną godzinę… taki mam plan wstawać jak najwcześniej około 3,4,5 i jechać jak najdłużej się da.

Śniadanie planuję w Niepołomicach – bufet w ZWAŁ jak ZWAŁ jest czynny całodobowo, wiem, że czeka też tam na mnie moja kawa. :) 

Most Wandy…

i znowu tak blisko i tak daleko, jestem jakieś 2 km od mieszkania. W tym dniu nie mam ochoty już wracać. Mam siłę i chęć pokonania kolejnych kilometrów.

Trasa od mostu do Niepołomic to jakaś abstrakcja. Jeżdżę do Niepołomic bardzo często, jednak nigdy nie jechałam taką drogą… oczywiście planowałam przejechać krakowski odcinek wcześniej… jednak zabrakło mi na to jakoś czasu.

W ZAWAŁ jak ZWAŁ wypijam pyszną kawę i zjadam śniadaniem, w międzyczasie chłopaki sprawdzają mój rower. Chwilę odpoczynku… postanawiam zarezerwować nocleg... I znowu rozczarowanie ... Pensjonat za górami pieprzowymi – brak wolnych miejsc... Rezerwuję więc hotel w centrum Sandomierza i jadę przed siebie.


Dzień ten jest dosyć monotonny i szybki… większość trasy wiedzie WTR i asfaltowymi ścieżkami.


Kilka dobrych godzin jadę w super towarzystwie, rozdzielając się chwilami, gdy ktoś akurat ma więcej siły. Dziś jedzie się przyjemnie i szybko.

ZALIPIE

Ta urokliwa wieś pozwala na chwilę wytchnienia w tym "szybkim dniu". Chce się tu zostać, zatrzymać na chwilę.
Miejsce to jest tak blisko Krakowa, a nigdy tu nie byłam, wtedy postanawiam sobie, że wrócę tu na pewno by napawać się tym magicznym miejscem.

Po niedługim czasie trafiam do wiejskiego sklepu. Obowiązkowy element, czyli dopełnienie bidonów, kupuję też jakiś sok, czas na chwilę odpoczynku...

Pod sklepem spotykam Wiślaka... wygląda jak cień człowieka. Okazuje się, że jechał całą noc. Startowaliśmy o podobnej godzinie. Tu potwierdzają się słowa Marcina, że na naszym poziomie lepiej spać...
Kalkulacja jest prosta, ja nie jadę jakoś szybko, na noclegu spędziłam ponad 6 godzin i spotykamy się. To znaczy, że jazda nocą jest mniej efektywna no i kolejny dzień jest ciężki...

Wiem, jak to jest, przecież na pierwszej Pomorskiej też, jechałam dzień noc i dzień...
Te same odcinki, pokonałam w tym roku 2 razy szybciej...



Moja rada, dla początkujących .. warto spać. :)


Wsiadam na rower i jadę dalej...

Szczucin i stacja benzynowa, czyli czas na obiad… ku zdziwieniu mnie i wielu Wiślaków hot-dogów brak. Zamawiam więc jakąś zapiekankę i siadam do telefonu zobaczyć czy nie zwolniło się miejsce w hotelu za górami pieprzowymi… ryzykuje i dzwonie do Pani… niestety słyszę… wszystkie pokoje zajęte przez ten wasz maraton… no myślę nic… te piekielnie góry, zrobię rankiem... później na szczęście przemiła Pani oddzwania … słyszę dzień dobry, Pani z rowerem, Pani dzwoniła, zwolniło się mi miejsce, jakiś Pan nie dojedzie… chce Pani nadal ten pokój… myślę, w końcu coś układa, się po mojej myśli, dziękuję i obiecują, że zjawię się wieczorem.

Mój postój w Szczucinie przerywa przyjazd ekipy, w której znajduję się jedna z dziewczyn, która jest ze mną na podobnej pozycji, czyli w pierwszej 5 kobiet. Jak się okazuję Izę i chłopaków spotkać będę na trasie jeszcze nie jeden raz.

 

POŁANIEC 

Kurde... nie wiele pamiętam, z tego dnia... może lepiej było zabrać się za pisanie tej relacji "na świeżo". 

W mojej pamięci zapisało się niewiele obrazów, ale jednym z wyraźniejszych był piękny widok na Wisłę z Połańca. Tu staje na chwilę, robię fotkę, mam ich z tego wyjazdu naprawdę niewiele... Każde zatrzymanie się, wyjęcie telefonu, zrobienie fotki to parę minut... potem trzeba się "rozgrzać", a bądźmy szczerzy zdjęcia nie oddają tego piękna i atmosfery.

Do Sandomierza docieram dosyć wcześnie, bo około godziny 18, zatrzymuję się na kolację i myślę, może uda mi się zrobić jeszcze trochę kilometrów… Znowu analizuję trasę, jednak miejsc noclegowych brak. Postanawiam dojechać do hotelu i wstać wcześnie rano... Pozostają jeszcze te piekielne (z opowieści) Góry Pieprzowe.

GÓRY PIEPRZOWE

O ile ja się nasłuchałam i naczytałam o tym odcinku…Marcin wspominał mi, że to nic takiego... ale chyba opinia większości wpłynęła na moją psychikę… Zaczyna się… wspinam się na górę… nie powiem, że jest łatwo, nagle słyszę za sobą głos. Hej, hej jak tam leci ? odpowiadam hej dobrze, że jesteś, przynajmniej będzie miał mnie kto łapać…

Takich znajomości na trasie Wisły jest mnóstwo, spotykam dziennie wielu wspaniałych ludzi…Niestety do czego wstyd się przyznać, nie pamiętam imion wszystkich…

Wydrapujemy się na górę, widzimy sady wiśniowe i piękny widok. Wymieniamy to samo pytające spojrzenie TO JUŻ? Okazuję się, że sławetne Góry Pieprzowe to jedna górka, na którą wyjście zajęło nam około 15 minut.

 

 

Za niecałe 2 minuty naszym oczom ukazuję się pensjonat, w którym przyjdzie nam spędzić noc.

Ze względu na to, że jest wcześnie, postanawiam, że kupie jeszcze coś na kolację/śniadanie – wybór pada na pizze. Wezmę szybki prysznic, skoro świt wstanę i pojadę w dalszą drogę…

Sen nie przychodzi szybko…Gdy dzwoni budzik, wstaję, ubieram się i o świcie wsiadam na rower w dalszą drogę.


DZIEŃ III
SANDOMIERZ – WILGA 190 KM
(plan SANDOMIERZ WILGA)

Poranek przychodzi szybko… pojawia się chęć wyłączenia budzika i spania jeszcze kilku godzin. Wiem, że mam przed sobą niecałe 200 km na dziś, wolę wstać jednak szybciej.. nie wiadomo co wydarzy się dziś na trasie.

Wstaję, jem kawałek zakupionej wieczorem pizzy… pół oddałam koledze, z którym zaliczyłam wczoraj góry pieprzowe, bo niestety nie zdążył kupić swojej… a przecież na maratonie dobro wraca…
Pozostałe kawałki składam, owijam w woreczek i pakuję na trasę. Tu przydatne są kieszonki w spodenkach rowerowych, które sporo mieszczą.
Wierzcie lub nie ale nawet zimna, wczorajsza pizza na trasie smakuje jak najlepsza.

Dzień rozpoczyna mi się źle.. chyba nadszedł czas kryzysu… Jest wcześnie rano, a wiem, że Marcin z Piotrem zakończyli jazdę późno w nocy, więc nie chce dzwonić do Marcina po słowa wsparcia, wiem co mi powie, więc powtarzam sobie te mało cenzuralne słowa w głowie. Pozostaje mi jeszcze wsparcie Kasi i Kuby, ale nie chce ich budzić. Nagrywam zatem film do chłopaków, wysyłam na Messenger. Mówiąc do kamery, czuję, jak bym z kimś rozmawiała. W tej chwili brakuje mi kogoś, kto by jechał obok. Ogólnie lubię samotną jazdę na maratonach, mogę pobyć wtedy sama ze sobą, mogę pomyśleć i ułożyć wiele spraw w głowie. Może to, że lubię pokonywać trasę samotnie, jest spowodowane tym, że już na pierwszym ultra przyszło mi pokonać trasę w samotności… nie wiem… ale ten czas bycia samej ze sobą jest dla mnie magiczny.

Trochę popłakuje, ale jakoś daje radę, zrywam kilka wiśni z okolicznych sadów… mam też ogromną ochotę na truskawki, których pola mijam. Ale boje się ich zerwać „nielegalnie” mam w głowie głos „Za drobne grzechy Bóg karze na miejscu..”, śmiejcie się lub nie ale już raz mi się to sprawdziło….

Po paru godzinach kryzys mija…

Zaczyna się robić stromo, sprawdzam profil trasy… a to te 5 podjazdów przed Kazimierzem, o których mówił mi Marcin. No to odliczam, góra, dół, góra, dół, góra…..

Trafiam do wąwozu, słyszę kogoś za sobą… jedź szybko… goni cię dziewczyna… za nią jadą kolejne dwie…

Chwile potem dogania mnie ta sama ekipa, przed którą uciekłam w Szczucinie. To Iza ;-)
W końcu się poznajemy, mówię, o to Ty jesteś goniącą mnie kropką, którą gonię:P
Wyjaśniając Iza przez pewien czas była na trasie za mną, ale w klasyfikacji przede mną, ponieważ startowała po mnie. Witamy się… o kropce tej słyszę już od soboty, ciągle dostaję informację, jesteś druga, trzecia, czwarta, piąta… Zastanawiam się wtedy, czy nie większą atrakcją jest walka Pań, niż pobijanie własnego rekordu przez Radka…

„Walka” z Izą będzie trwała jeszcze trochę….

Podjazd jest spory, idę z rowerem, Iza z chłopakami odjeżdżają mi, a ja czuję, że opuszczają mnie siły. Zaczyna mi się kręcić w głowie, jest mi słabo… może to zmęczenie, wysoka temperatura…

W pewniej chwili dzwoni telefon, to Kuba słyszę, jak się czujesz?… słabo, wymieniam, co mi jest. Kuba każe iść do cienia, chwile odpocząć, zjeść, wypić.. Słucham go… wyjmuję to wczorajszą pizzę, kilka łyków wody, tabletka do ssania i odzyskuję część sił. Wiem, że jeszcze parę kilometrów i Kazimierz, w którym będę mogła odpocząć. Wsiadam więc na rower i jadę dalej.

W Kazimierzu w kawiarni zamawiam, lody, kawę i sok. Dużo osób w tej chwili już je obiad, ja jednak stawiam na słodki deser.. Kawa… jak ja tęsknie na trasie za kawą… owszem przed maratonem robię sobie detoks, by organizm nie wołał o kofeinę…. Chyba… na pewno jestem już od niej uzależniona. Nie, nie pobudza mnie ona, ale jej smak daj mi energii.. zimne lody oraz świeżo wyciskany sok. Szybki odświeżenie w toalecie, dolanie wody do bidonu i rura…

Tego dnia spotykam Andrzeja, to kolejny wielbiciel Wisły, po kilku słowach przypominam sobie, że to te osoba, która wygoliła sobie logo Wisły zeszłego roku na głowie. Jazda jest przyjemna, przez następne dni jeszcze kilkukrotnie będziemy się spotykać i wspólnie pokonywać kilometry…

 

 

 

PUŁAWY

W okolicach parku Czartoryskich robię kółko, pomyliłam trasę, na szczęście nadrobiłam tylko kilkaset metrów.

Pamiętam, że tu gdzieś jest MC Donald, czyli szansa na pierwszy ciepły posiłek dzisiejszego dnia.

Moim oczom ukazuje się znajome żółte logo znanego fast food.
Zamawiam 2 burgery i zestaw z wrapem… nie nie zjadam tego na raz. Zjadam frytki i cheeseburgera oraz zimną ICE TEA, drugiego burgera oraz wrapa pakuje do kieszeni na podwieczorek i kolację…

Chwile odpoczynku i w drogę…

Niedługo czekają mnie te słynne płyty.

tryty tryty trtry trtry ….

Czasami zdarza się trafić w jakąś przestrzeń, gdzie tak nie telepie.

W głowie pojawia się myśl, czy ktoś kto to układał, chciał zrobić na złość innym? 

Na szczęście płyty przejeżdżam w miłym towarzystwie, więc w miarę szybko mijają … w miarę, bo chyba do rana czuje w głowie i rękach …. tryty trtry trtry …. 

WILGA

Do słynnego baru docieram, około godziny 18.
Spotkam tam spore grono Wiślaków, w tym moją rywalkę Izę.

Zjadam zupę pomidorową, ziemniaki i sałatkę … jakoś nie mam ochoty na jedzenie…

Mam nocleg w jednym z okolicznych domków, godzina jest wczesna, ale wiem, że trasa przed Warszawą jest ciężka. Ciągle biję się z myślami… zostać czy jechać, jechać czy zostać…

Iza z chłopakami namawiają mnie, abym jechała z nimi dalej, rezygnuję, jednak mam ochotę odpocząć, wyspać się nieco dłużej. Nie wiem dlaczego, ale ciężkie odcinki wolę robić rano.

Rezerwując w pośpiechu nocleg, dzień wcześniej popełniłam błąd, nie dość, że pierwotnie wzięłam domek, nie na ten dzień co trzeba, to jeszcze oddalony o ponad 20 minut od trasy… Tak leżę w Sandomierzu, już usypiam i nagle dzwoni telefon… Za ile Pani będzie … ale gdzie jak co ? ?
No rezerwowała Pani nocleg w Wildze ?
Jakiej Wildze ? (myślę) ja, ja rezerwowałam, ale na jutro… okazuje się, że rezerwowałam na dziś, ale Pani przełożyła mi rezerwację.

Po drodze jadę jeszcze do sklepu, mam szczęście zaraz go zamykają, kupują ser, bułki, wodę, cole i jadę na nocleg. Biorę prysznic, piorę ubrania – mam tu farelkę, więc jest prawdopodobieństwo, że ciuchy wyschną, a miło rano założyć coś czystego.

Jem tortillę zakupioną w MC donald's, dzwonie do rodziców z informacją, że żyję. Chwilę przed snem sprawdzam tracking. Kolejne Panie dojechały do Wilgi… myślę, to jutro będzie walka.

Chwilę przed zaśnięciem, dostaję informację od Marcina o awarii jego roweru.. nie dociera do mnie, jak jest poważna, postanawiam, że napiszę, do niego rano jak wstanę i dowiem się, co jest grane…. 


DZIEŃ IV 
WILGA – PŁOCK 211 KM
(plan WILGA – PŁOCK)

 Dzwoni budzik… oj jak ja nie mam ochoty wstawać.. Patrze na traking, większość kropek w Wildze jeszcze śpi.

Więc ruszam, jeszcze przed świtem, parę kilometrów za Wilgą wschodzi słońce, ten widok dodaje mi siły… Po jakimś czasie dzwonię do Marcina zapytać co z tym rowerem …
Okazuje się, że sprawa jest poważna, no ale nie mam jak pomóc… rozmowa nie należy do przyjemnych.. tak to jest, jak dwoje zmęczonych ludzi w nienajlepszych nastrojach, zaczyna dawać sobie rady…

Jestem wściekła, wkurzona na Marcina i na ten cały maraton.

Po parunastu minutach wpadam w ogromną kałużę, ogromną do tego stopnia, że zaliczam wręcz kąpiel błoną… świeżo uprane ubrania są całe, calutkie mokre i w błocie.

Nawet biały kask staje się brązowy…

Pisze do chłopaków, co się stało, że zalałam nawigacje (jest wodoodporna, więc nic nie powinno się stać), telefon (na szczęście działa)… jedynie powerbank przestaje działać.. dziwne, bo był w torbie i nie został zalany….

Dostaje odpowiedź zwrotną, czyli „za drobne grzechy Bóg kara na miejscu”… pokarał ;-)


Jadę dalej, cała mokra i w błocie ..

Wyjeżdżam na drogę, jedzie jakieś auto, które ku mojemu zdziwieniu zatrzymuje, otwiera się okno i ktoś krzyczy „potrzebujesz czegoś”, myślę, „twarze jakby znajome” odpowiadam "nie, nie mam jedzenie, picie".

Kierowca i pasażer patrzą na mnie z politowaniem… na pewno?… mówię "a jak macie wodę bym mogła przemyć ręce i buzie to będzie super"…

Okazuję się, że to Anita i Andrzej, Wiślacy, którzy tego roku postanowili przygotować pit stop.

Anita pomaga mi się umyć, Andrzej robi pamiątkowe zdjęcie.

Ostrzegają mnie, że przede mną do Warszawy trudny odcinek, życzą powodzenia….

Zaczyna się słynna "Amazonia" przed Warszawą… jadę ostrożnie, robi się coraz cieplej, ale nie rozbieram się, chce wyschnąć. A ubrania szybciej wyschną na mnie, a nie zwinięte przymocowane gdzieś do torby.

Za jakiś czas doganiają mnie kolejni uczestnicy.. Wśród nich moje 2 rywalki… w końcu poznaję osobiście te kropki… To Alicja i Joanna.. Wtedy jeszcze nie wiem, że przez kolejne dni Alicja będzie moją największą rywalką i motywacją.

Najbliższe kilometry pokonujemy wspólnie, przedzieranie się przez krzaki jest niczym Pomorska 500 - jeden z moich towarzyszów jechał też Pomorską, więc oboje czujemy się „jak w domu” …. 

WARSZAWA

Powiem Wam, że nigdy nie spodziewałam się, że z takiej puszczy można się dostać do centrum Warszawy.

Witają nas znajomi Alicji…

Chwila odpoczynku, ściągam już suche, lecz brudne ubrania i szykuję się do jazdy.

Przez Warszawę jedzie się całkiem przyjemnie, najpierw jedziemy w zwartej grupie, potem jednak zostaję tylko z Joanną - Warszawianką.

Jedzie nam się dobrze, Asia zna teren, więc jadę za nią. Zatrzymujemy się na kawę i coś do jedzenia w kawiarni. Wybór pada na kawę mrożoną, bo temperatura jest coraz wyższa. Szybka regeneracja, sprawdzam zalany sprzęt… wszytko działa… z wyjątkiem power banka.. no nic bateria w telefonie i nawigacji jest dobra, więc staram się tym nie przejmować.
Z Joanną jadę jeszcze kawałek… w pewnej chwili się rozdzielamy, bo jedzie przywitać się za znajomymi. Zostaję sama.

I znowu widok, który wywołuje uśmiech, czyli żółte M – tak pora na kolejny MC Donald. Moje zakupy są identyczne, jak ostatnim razem.

Zjadam burgera i frytki, pije zimną cole, wrapa pakuje w plecy i jadę dalej.

Zakroczym to kolejny punkt na liście z odcinkiem specjalnym, tu pojawia się trochę piachów… ale co to, to kilkadziesiąt metrów w porównaniu do 1200 km

I słynna łódka… tym razem została po drugiej stronie rzeki…


Myślę jak przejść przez wodę, aby nie być mokrą.
Widzę kamienie, po których mogę przeskoczyć.. brakuje jednak jednego.. Udaje się jednak pokonać przeszkodę prawie całkowicie sucha.

Kolejnym przystankiem jest Czerwińsk nad Wisłą, tam w sklepie pije pierwsze piwo zero na trasie, a raczej jego pół i jem lody… Siedzimy na betonie pod sklepem… rezerwuje nocleg w Płocku i z uśmiechem ruszam dalej…



Wjazd do Płocka wita mnie pięknym widokiem, zachód słońca zapiera dech w piersiach…. Tego dnia na trasie widzę zarówno cudowny wschód, jak i piękny zachód… to chyba dla niech warto męczyć się cały dzień.

Jestem umówiona z właścicielem apartamentu, który wynajęłam, że dam mu znać tak 10 minut przed przyjazdem, nastawiam więc nawigację w telefonie i w odpowiednim czasie dzwonię do właściciela.

Ostrzegałam wcześnie, że jadę maraton, przyjadę z rowerem… Właściciel na mój widok dostaje szoku… ale jak to Pani na rowerze ? Tłumaczę, o co chodzi…
Pan się pyta, no dobra, ale skąd jedziecie…. No z Wisły… skąd … no z Wisły, spod Baraniej Góry… ale jak to, kiedy Pani wyruszyła.. no w sobotę…. I ile tak jedziecie… ja mówię.. no pierwszy już dawno na mecie. Pan nie może mi uwierzyć.

Pytam jak mam oddać klucze, bo chce wyruszyć skoro świt.. tu Pan dostaje kolejnego szoku. Ale jak to jest już wieczór, a Pani chce ruszyć o 4-tej...przecież Pani będzie zmęczona.

Po raz kolejny tłumaczę, że im wcześniej wstanę, tym dzień jest dłużysz, a jutro czeka mnie ciężki dzień.

Pan życzy mi powodzenia i mówi, że będzie trzymał za mnie mocno kciuki.

W mieszkaniu czeka na mnie słodka niespodzianka w postaci czekoladek i jeszcze mała butelka wina… wina jednak nie wypijam.

Piorę ubrania i susze je suszarką. W międzyczasie jedząc … wszystko, co mam… czyli wrapa i burgera z maka, paczkę paluszków i czekoladki… mam takie gastro jak nigdy…

Zasypiam jak dziecko…

 


 

DZIEŃ V 218 KM
PŁOCK – GRUDZIĄDZ
(plan PŁOCK – GRUDZIĄDZ)

 

Dzwoni budzik, znowu mam ochotę go wyłączyć… W ten dzień ulegam drzemce. Za chwilę wstaje.. no nic trzeba ruszać w drogę… Wiem, że dziś czeka mnie kilka ciężkich odcinków. Odcinek przed Toruniem, wały przed Ostromeckiem, wały przed Grudziądzem i słynny Singiel.

Dzień zaczyna się dobrze, dostaję motywacyjnego SMS, który jest niczym kop w D… :)

Mijam urokliwe miejsca, jest ładna pogoda, zapowiada się ciepły, wręcz upalny dzień. Cały dzień w niedalekiej odległości jest Iza oraz Alicja z Joanną. Nasza „walka” trwa kolejny dzień.

Marcin ostrzegał przed odcinkiem przed Toruniem… zbliżam się do miasta, już je widać i nagle trach, skręt w krzaki…
Piaski przed Toruniem były dla mnie najgorszym odcieniem na całej trasie Wisły 1200. Większość z nich nie jechałam, tylko szłam „ z buta”, a i to „z buta” było ciężko, odcinkami nie miałam siły ciągnąć roweru. Jak nie pisaki to nawierzchnia była, była … tak była ujebem…

Kilkukrotnie zaliczyłam glebę, tu miałam już wszystkiego po kokardy… i na tym odcinku pierwszy raz krzyknęłam i zwyzywałam organizatora… No jaki idiota wymyśla taką trasę ??? (Leszku jak to czytasz, to przepraszam ;-)), to był pierwszy i mam nadzieję ostatni raz. :) 

Przedzierając się przez ten odcinek, podziwiam Marcina, który ten odcinek przejechał na jednym przełożeniu –SZACUN !!!

W Toruniu planuje coś zjeść, jednak… wysoka temperatura sprawia, że nie mam na nic ochoty. Jem w cieniu coś na szybko i jadę przed siebie.


Zbliża się odcinek na, którym przez długi czas ma nie być sklepu (o ile dobrze pamiętam), pod sklepem spotykam znajomą twarz, kolega z teamu Izy… pytam, jak jej idzie. Okazuje się, że są w serwisie rowerowym, ale już mnie doganiają (mam nadzieję, że nie pomyliłam dni :) ).

Tankuję wodę do pełna, pije sok, chwila odpoczynku i w drogę….

Temperatura rośnie z godziny na godzinę…

Zaczynają się wały przed Ostromeckiem, jest strasznie ciepło, jak wieje wiatr jest chyba jeszcze gorzej, bo wieje gorącym, ciężkim powietrzem.

 

Upał nie ustaje…

W powietrzu czuć zapach wsi.. przypomina mi się dzieciństwo… przed oczami stają mi wspaniałe wspomnienia beztroskiego lata… i beztroskich lat, kiedy wszystko było takie łatwe i proste…
ognisko palone na kuzynem na ściernisku, nocowanie w stodole, wycieczki do lasu...

 

Jest ciężko, coraz ciężej … w pewniej chwili słyszę, że dzwoni mi telefon, myślę, nie no nie teraz z nikim nie będę rozmawiała, za chwile dzwoni znowu i znowu. Patrze, kto to ? Może coś się stało. Patrzę na telefon, dzwoni jeden z klientów – myślę, nie no dziś Pani kawy nie dostanie. ;-)

 


Jednak telefon dzwoni jeszcze kilka razy, w końcu odbieram.
- dzień dobry, bardzo Panią przepraszam, ale jestem na urlopie, oddzwonię do Pani w wolnej chwili.
- po drugiej stronie słuchawki słyszę mocno niezadowoloną Panią.
- przepraszam, naprawdę nie mogę rozmawiać.
- Pani zaczyna na mnie krzyczeć, chodzi o jakąś fakturę… sprzed 2 miesięcy
mówię...
- droga Pani rozumiem wszystko, ale jadę ultramaraton rowerowy, nie ma mnie w Krakowie
po drugiej stronie zero zrozumienia.
tłumacze...
- proszę, Pani jadę ciężki odcinek za mną już 900 km jest ponad 35 stopni, naprawdę nie mam jak sprawdzić tej FV.

w końcu kończę rozmowę…

Nauka na następny raz.. Wyjąć kartę firmową… :)

...


Do tego wszystkiego gubię kamizelkę, którą miałam przymocowana do torby… myślę, nie ma bata.. nie wracam… trudno najwyżej wezmę z naszego sklepu nową.

Po kilknastu minutach słyszę krzyk...

-"Hej zaczekaj, godnie Cię od początku wałów… mam twoją kamizelkę."


Temperatura daje się we znaki, wody coraz mniej.. Zostaje mi parę łyków….


Po prawej stronie wałów są pola, z automatycznymi nawadniaczami .. oj jak by się chciało zjechać tam i się ochłodzić… spotkam nawet grupkę debatującą czy zejść tam po wodę, czy nie…

W końcu wały się kończą, widzimy jakiś dom… prosimy o wodę, Pani jednak leje wodę z studni… myślę dam radę.. dobije do sklepu…

Za parę kilometrów jest stacja benzynowa… jej zapatrzenie jest masakryczne, ale jest coś do picia...Kupuję 2 butelki, jedną pije na raz… drugą leję do bidonu i ruszam do Ostromecka ….


Ochładza się, pogoda robi się burzowa… Docieram do Ostromecka, pytam o drogę do restauracji… zamawiam jedzenie, zaczyna padać, myślę idealny moment, odpocznę, podładuję nawigację i telefon…

Przestaje padać… wraz z kolegą, który jadł przy stoliku obok, ruszamy w trasę...
Ujechałyśmy może 15 minut i nagle gradobicie i burza… myślę sobie no ku*wa co dziś jeszcze mnie spotka…

Na szczęście obok jest jakiś dom i stodoła.

- mówię, schowajmy się przed deszczem pod dachem.

Z domu wychodzi jakaś miła Pani, pytamy, czy możemy przeczekać deszcz pod dachem, Pani zaprasza nas do środka, mówimy, że nie trzeba. Koniec końców przeczekujemy deszcz w pomieszceniu gospodarczym…

Ruszamy dalej, wiatr staje się coraz silniejszy…momentami ciężko utrzymać jest mi się na rowerze.. ale przecież jakoś muszę dać radę…

W tym dniu mam 2 cele albo dotrzeć do Chełmna, albo Grudziądza, myślę, podejmę decyzję w Chełmnie, w końcu w Grudziądzu jest sporo miejsc noclegowych…

Przed Chełmnem w jakimś leśnym odcinku znowu spotkam super grupę chłopaków,  namawiają mnie, abym jechała z nimi do Grudziądza… boje się tych słynnych wałów.. Pytam, a poholujecie mnie ?? Odpowiadają, że tak. Planują obiad (a raczej kolacje) w Chełmnie, ja z zamiarem jazdy do Grudziądza nie chce tracić czasu na restauracje… wykonuję chyba pierwszy od czasu sprzeczki za Wilgą telefon do Marcina, który jest już na mecie… Pytam, bardzo jest ciężko ? Dam radę? Słyszę "dasz" ! Włóż opakowaki na buty, bo trawa mokra i rura…
Odwiedzam więc pobliską żabkę i jadę, hot-doga konsumując „na kierownicy". 

Na trakingu widzę, że Alicja z Joanna są w tyle, pewnie zatrzymał je ten deszcz…nie myślę o tym i ruszam w drogę…

Te wały nie są wcale takie złe. No owszem trawa i, że tak powiem ładnie, bogata roślinność utrudnia jazdę, ale nie powoduje to u mnie zdenerwowania czy irytacji…

Trudność sprawia mi singiel, boje się zjazdów, trasę pokonuje więc pieszo, a czasami na stromych zboczach ciężko jest mi samej się utrzymać.



Tak blisko…

 

Grudziądz … ciesze się jak dziecko, że udało mi się spełnić kolejne założenie, które uważałam za nie osiągalne.

Nastawiam nawigację w telefonie, aby dojechać do hotelu, do celu pozostaje mi … minuta… i nagle JEB !!!

Niefortunnie najeżdżam na jakąś studzienkę kanalizacyjną, słyszę syk…
Myślę … serio… przejechałam 1000 km i na „ostatniej prostej” i to minutę przed hotelem taka niespodzianka… no nic biorę oddech, wycieka mleko, nie mogę go zatamować… Jakieś 50 metrów dalej jest stacja benzynowa, idę tam, w końcu jaśniej, będzie. Może napompuję koło… może ktoś mi pomoże….

 

Walczę z oponą, czas na wsadzenie dętki…. Wyciągam co potrzeba, próbuję ściągnąć oponę. Przeszkodę stanowi wentyl, który chyba się zapiekł…

Toczę nierówną walkę, zmęczona i załamana… chce zejść z trasy… piszę do Marcina, który już świętuje w Gdańsku.. Powiedz Leszkowi, że schodzę z trasy…



Dostaje odpowiedź zwrotną - "poproś kogoś o pomoc"…

No to zaczynam szukać, na stacji jest jeden Pan… podchodzę, tłumacze co jest grane, oferuje swoją pomoc…

Zadaje przy tym pytania, które są wkurzające….
Nie rozumie, po co tyle jechać, dlaczego tyle jadę i w ogóle jest mocno irytujący.
Już wtedy wiem, że nic z tego nie będzie…

Nagle słyszę, a to nie ktoś od Was, ma rowery na aucie…

Już ze łzami w oczach mówię, my jedziemy na rowerach… nie autem… odwracam się …

Z auta wysiada znajoma osoba… tak to Łukasz nasz kamerzysta wraz ze swoją towarzyszką.
Patrzę na nich jak na objawienie… słyszę:
- Wiślaczka ?
Odpowiadam.
- Tak ! Możecie mi pomóc.
- Jasne co jest ?
- Coś z oponą, nie mogę sobie poradzić.
- No pewnie, już bierzemy narzędzia.

Wtedy łzy lecą mi po policzkach.
- Co się dzieje ? Coś Cię boli ? Jedziesz super.
- Nie, po prostu cieszę się, że Was widzę.

Odprawiam więc Pana, który miał mi pomóc, dziękując za chęć pomocy.

Ten zadaje jeszcze kilka pytań:
- A czy panowie na rowerach golą nogi?
- A po co wy to jedziecie?
- A jak wam się w ogóle chce?
- Przecież to głupie!

W tym momencie mam ochotę walnąć go w łeb … na szczęście moja wybawczyni "gasi" Pana słowami „a daj Pan dziewczynie spokój, jest zmęczona, nie widzi Pan, że ledwo stoi”.

Łukasz bierze się za pracę, w tym czasie ja kupuję kolejce na stacji, czyli ostatnie kanapki, jakie są, i coś do picia.

Łukasz walczy z tą przeklętą oponą bardzo długo, siłuje się, używa młotka i innych narzędzi, których raczej nikt z rowerzystów nie ma ze sobą…


W końcu się udaje !!!

Zakładamy dętkę. Dziękuję im bardzo za pomoc.

Okazuje się, że znaleźli się tu przypadkiem… zachciało im się piwa bezalkoholowego, a stacja o jedyne czynne w tej okolicy o tej godzinie (zbliża się północ) miejsce.

Idę do hotelu, szybki prysznic i do spania… Wiem, że jutro zostały mi ostatnie kilometry, moja rywalka, w walce o 3 miejsce, Alicja, depcze mi po piętach.


  

DZIEŃ VI 147 KM
GRUDZIĄDZ - GDAŃSK
(plan GRUDZIĄDZ - GDAŃSK)

 

Wstaję później niż zazwyczaj… finalnie okazuję się, że chwilę za późno…

Dzwoni budzik, za oknem deszczowa aura… no nic..trzeba wstawać, to już ostatni dzień. Bez względu na to, co się stanie, to ostatnia noc na trasie Wisły1200. 

Szybko się ubieram i schodzę do recepcji, gdzie czeka na mnie śniadanie na wynos.
Pani wita mnie uśmiechem... kolega, z tego maratonu wyjechał już dawno. Taka pogoda okropna, widać, że Pani zmęczona. Życzy mi powodzenia…

Pogoda nie zachęca do jazdy.. Pada drobny deszcz, jest chłodno… wiem, że dziś czeka mnie jeszcze kilka odcinków specjalnych w tym Gniew, Tczew … a potem już tylko meta.

Błoto, błoto, trawa, błoto, trawa…. Tak wygląda większość tego dnia… 

Stacja benzynowa przed łąkami w Tczewie to obowiązkowy punkt … tu trzeba nabrać wody i zebrać siły na „ostatnią prostą”, postój jest szybki, sił coraz mniej.

Już wiem, że Alicja zyskała nade mną przewagą… tu należą jej się wielkie słowa uznania, ponieważ, wstając skoro świt, nadrobiła wiele kilometrów… pomimo, że jest za mną, ma jakąś godzinę przewagi… no nic, takie jest życie.

Postanawiam wyciszyć telefon, ponieważ wiadomości o tym, że jak się postaram, to wyprzedzę Alicję nie działają na mnie motywująco.

Podczas odpoczynku przy stacji podchodzi do mnie jakiś Pan, pyta jak wygląda ta trasa rowerowa w okolicy, mówię, parę kilometrów było spoko, on patrzy na mnie jak na wariatkę… to dlaczego Pani taka brudna? Tłumacze, że jadę maraton i że jak jest ścieżka rowerowa, a obok krzaki to my jedziemy przez te krzaki… po raz kolejny w przeciągu 6 dni tłumaczę zasady Wisły 1200, żegnam się i jadę dalej.

Łąki to tylko jakieś 1,5 godziny jazdy…

To mam w głowie…

Jadę metodycznie do przodu, co chwile sprawdzam, gdzie jest Alicja, jednak miło byłoby stanąć na pudle, jej przewaga maleje, ale nie na tyle, aby ją wyprzedzić…

Przyznam, że łąki ciągną się… dostaje SMS, że to już końcówka i że dam radę … pewnie, że dam.. kto jak nie ja…

Wyjeżdżam na prostą drogę, w końcu mogę trochę odpocząć na prostej i utwardzonej drodze.

Tak blisko… a tak daleko

Dojazd do ujścia Wisły wydaje się końcem wyprawy, na drodze spotykam wiele znajomych twarzy.. tu już każdy sobie gratuluje…

Boje się, że złapie gumę na kamieniach, więc większość trasy pokonuje pieszo, spotkam też chłopaków, którzy przez nieuwagę stracili przy ujściu godzinę.
W końcu pojawia się znana mi do tej pory tylko ze zdjęć tabliczka, proszę spacerująca rodzinę, aby zrobiła mi zdjęcie…

Ruszam w drogę powrotną…

Spotykam Alicję… Cieszę się na jej widok. Gratuluję jej i dziękuję za wspólną walkę…

Zaczyna padać, najpierw lekko, potem zrywa się ulewa.

Do mety pozostaje jeszcze kilka dobrych kilometrów… Deszcz wzmaga na sile, ale teraz to nie czas na przerwę.

Zaczynam poznawać teren, rok temu spędziłam w namiocie Wisły tydzień i spacerowałam po okolicy, jakieś 500 metrów przed metą, spotykam chłopkaów z którymi mijałam się na trasie praktycznie od początku... Ci to mieli pecha, złapali gumę, pozostało im iść z buta…

Już widzę koło widokowe, widzę flagi… myślę, udało mi się…

Na mecie wita mnie Marcin, wypowiada parę niecenzuralnych słów (oczywiście pochwały), ma mecie jest już Iza, która przyjechała parę godzin wcześniej, gratulujemy sobie i dziękujemy za te wspólne godziny.



Leszek wita mnie z wielkim uśmiechem i radością. Gratuluje mi tego jakie postępy odniosłam. W końcu to on nieco ponad rok temu czekał na mnie na Pomorskiej 500, którą przyjechałam ostatnia .. i to po czasie ;-)


Jestem 3-cią kobietą na mecie, ale zajmuję 4-te miejsce…

Ale to nie jest istotne… dla mnie liczą się inne liczby…
Przejechałam 1200 km w 129 godzin i 46 minut !!!

Udało się, udało się spełnić założenia, te „w najlepszym wypadku”, ba udało się pobić te założenia…

Jestem z siebie dumna i szczęśliwa….

Chyba jeszcze nie wierzę w to, co się stało… witam się z uczestnikami, którzy już dotarli na metę… każdy jest zmęczony, ale szczęśliwy…

Czas iść odpocząć i uczcić sukces….

...i tak kończy się moja pierwsza Wisła.

 

 

 

 

 

Komentarze do wpisu (1)

20 listopada 2023

Świetnie się czytało. Gratuluję fajnie że się udało zrealizować założenia. Ja jadę w przyszłym roku swoją pierwszą Wisłę. Pozdrawiam Karol.

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl