Na ten wyjazd jechaliśmy na głębokim luzie. Większość tego, co zaplanowaliśmy już, było za nami, parę osobistych celów/sukcesów osiągnęliśmy i to miał być zupełnie chill outowy wyjazd, jechaliśmy się świetnie bawić, pojeździć po szutrach, jakie by one nie były.
Ale zacznijmy. Tym razem stwierdziliśmy, że żeby było sprawiedliwie, jedziemy pociągiem do Rzeszowa, a stamtąd na start pojedziemy rowerem – 50min, tym sposobem i ja i Justyna możemy spożyć trochę chmielu. W Rzeszowie przywitał nas Leon Di Kappio z Laluś Składu i pojechaliśmy z pociągu prosto do Pasieki. Fenomenalnej pizzerii, którą trzeba koniecznie odwiedzić w Rzeszowie. Zdecydowanie rowerfriendly. Zjedliśmy każdy swoją pizzę i wypiwszy po pół piwa, pojechaliśmy na start.
Tam przywitali nas organizatorzy, szybko odnaleźliśmy swój pokój i rozpoczęły się przed maratonowe, a jakże rozmowy. Tym razem koło 21 już byliśmy w pokojach i zrobiliśmy szybkie pakowanie naszego setupu do Tailfinów. Pogoda zapowiadała się dobrze, bezdeszczowo i bez większego zimna. Tak więc docieplenia pozostały w pokoju. Jedynie zgarnąłem rękawki/nogawki, kamizelkę z PEdALED i merino z długim, bo jakoś tak mi się wydawało, że nad ranem mimo końca lipca może być rześko.
Tam przywitali nas organizatorzy, szybko odnaleźliśmy swój pokój i rozpoczęły się przed maratonowe, a jakże rozmowy. Tym razem koło 21 już byliśmy w pokojach i zrobiliśmy szybkie pakowanie naszego setupu do Tailfinów. Pogoda zapowiadała się dobrze, bezdeszczowo i bez większego zimna. Tak więc docieplenia pozostały w pokoju. Jedynie zgarnąłem rękawki/nogawki, kamizelkę z PEdALED i merino z długim, bo jakoś tak mi się wydawało, że nad ranem mimo końca lipca może być rześko.
Rano ten sam rytuał co zwykle, łazienka, ubranie, śniadanie, dopakowanie, rower pod pachę i na Start.
7.10 jesteśmy na starcie, następuje otwarcie komory losującej i … pojechaliśmy w trasę gravelowego maratonu Galicja. Pierwsze kilometry jakoś tak leniwie i spokojnie. Jechaliśmy chłonąć szutry i chłonęliśmy. Trzeba się nacieszyć, póki są, potem pewnie będą jakieś piaski, bo nie wyobrażałem sobie przed tym maratonem przejazdu przez Roztocze po szutrze. Każdy mój wyjazd w tamte tereny kończył się jakimś koszmarem piaskowym. No to chłoniemy te szutry. Chłoniemy, chłoniemy, chłoniemy i … tak minęło z 50 km. Jak w tym programie „Końca nie widać”. Mówię do poznanego uczestnika, ale fajnie, takiego ultra jeszcze nie jechałem. Lekkie górki, szerokie ścieżki, ubite, leśne, super. Gdzieś w tym miejscu dogania nas, a jakże, Radek Gołębiewski. Jedziemy stosunkowo szybko i chociaż raz minął mnie niewiele szybciej na tyle, że udało mi się go nagrać i paręset metrów pojechać z nim, znaczy za nim. Skończyło się jak zwykle. On pojechał, myśmy pomachali. I wróciliśmy do chłonięcia. W międzyczasie tasujemy się z kilkoma uczestnikami, jedziemy, jak mi się wydaje, gdzieś w końcówce. Ale zamysł był wycieczkowy i tego się trzymamy.
Do 80 km nic się nie dzieje specjalnie i … o dziwo jak na polskie ultra nie ma też grama sklepu. Woda powoli się kończy, tym razem zupełnie przez przypadek testuję setup z 3 bidonami więc mam 2,85 l wody. Ale mimo wszystko brakuje. Za chwilę zmuszony jestem jednak poprosić o odlewkę wody od kompana mojej podróży. Dzielimy się jego wodą. I jedziemy dalej. W końcu jest 117 km i na pustkowiu wodnym pojawia się jak na Saharze Oaza. Ta oaza to nazwa takiego zwierzątka z kropkami.
Wpadamy, woda, banan, jogurt, coś słodkiego. Wypad, dolewka, banan, drugi w kieszonkę, 5 min przerwy i już jedziemy dalej.
Już z wodą i nowym jedzeniem wracają siły tak, że ponownie tempo wraca do mocnego plus 20 km/h średniej. Przez myśl przelatuje mi, że jak tam będziemy ciągnąć szybko, to potem na tych piachach braknie sił na resztę wyścigu. Jeszcze nie wiedziałem, że cały wyścig będzie wyścigiem, a nie tylko ultramaratonem. Za Biedronką ruszamy tym samym tempem jak dotychczas. Robi się już coraz cieplej, jest 30-33 stopnie. Na szczęście za Jamnicą wjeżdżamy do lasu z powrotem. Wydawałoby się, że teraz będzie lepiej, ale nie było. Zamiast upału pojawiły się gzy i inne latające owady, które skutecznie poganiały, aby jechać szybciej. Każde zatrzymanie to kolejne ukąszenia za darmo. W Kątowej Woli wypadamy na asfalt, owadów brak, słońce … jest. Trzydzieści i więcej stopni.
Ciepło. Woda ucieka z bidonów.
Wpadamy na asfalt, długie proste skłaniają do położenia się na lemondce, która tak bardzo sprawdziła się na Wiśle. Ah, gdybym tylko ją miał i nie odkręcił przed startem. Dalej gorąco. Kolejny sklep to tylko szybki zakup wody i obok w aptece Litorsalu, bo wraz z potem wypacamy ogromne ilości elektrolitów. Spory plus tej temperatury, że jeść się chce mniej. W Rzeczycy Długiej (a przed nią Okrągłej, a także Kępie Rzecyckiej, Dąbrowie Rzeczyckiej i Woli Rzeczyckiej – czy to jakaś Rzeczypospolita Rzeczycka?) odbijamy do a jakże, do lasu. Temperatura spada, gzy wracają. Jest tak jak było. Ciśniemy.
Fantastyczne proste w lesie taki po 3-5 km dają mega radość z jazdy po szutrze. Aż nie wiarygodne, jak i gdzie udało się organizatorom znaleźć takie ilości szutru. Przejeżdżamy ponad 35 km po nich i wpadamy do Janowa Lubelskiego nad Zalew. Dobijamy do pierwszego bistro, zamawiam naleśniki – ostatnie, zamawiam zimną wodę – ostatnią, zamawiam kawę – brak. Jest 16. Co jest ? Pani powoli zwija budkę. Piątek nad wodą. Aż dziwne. Dobijają kolejni uczestnicy i z dla nich zostają już tylko resztki frytek. Nie tak, myślę, wszyscy wyobrażali sobie szutrowy maraton po Polsce 😉 Logistyka!!
Po jakichś 20 min zwijamy się dalej w drogę. Dołącza do naszej dwójki kolejnych dwóch uczestników. Teraz ciśniemy już w 4 osoby i co chwilę tasujemy się. Monotonia jazdy odchodzi w dal, jakieś kawały, jakieś opowieści, pytania o sprzęt, o pomysł na dalszą część trasy. U mnie plan maximum to Krasnobród. Plan minimum to Zwierzyniec. U kolegów Zwierzyniec i Biłgoraj. Zaczynam oswajać się z myślą, iż nocka będzie jechana samotnie.
No nic, jedźmy.
Gdzieś przed rezerwatem Kacze Błota zaczynają pojawiać się pierwsze piaszczyste odcinki. W końcu decyzja o zabraniu dość agresywnego bieżnika jak na dotychczasową część trasy zaczyna mi się opłacać. Koledzy z bardziej gładkimi oponami zdecydowanie zostają w tyle. Tam, gdzie u mnie opona gryzie piach jak "Reksio kiełbasę" u nich albo buksowanie, ale butowanie. Na jednym z kolejnych piaszczystych podjazdów decyduję o mocniejszym dociśnięciu i odskakuję. Już do mety się nie spotkamy.
Taki jest maraton. Jak życie. Czasem jedziemy wolniej, czasem szybciej niż znajomi.
Na kolejnym zjeździe w Dąbrownicy przed Biłgorajem wydaje mi się, iż widziałem w oddali światełko czerwone. Czyżbym kogoś doganiał? Nasz czy lokals. Cisnę. Znów +5 do mocy. Na rondzie w Biłgoraju doganiam. Znajoma twarz z Bielska Białej. Ciśniemy przez miasto. Szukamy jakiegoś sklepu lub stacji. Nie ma nic na trasie. Zjeżdżać szkoda, bo jesteśmy gdzieś tak w środku stawki, jak nam się wydaje. Wyjeżdżamy z Biłgoraja i na szczęście po prawej jest jakaś malutka stacja. Woda jest, lody są, kawa jest. Tankujemy. 10 min i w drogę. Koledze nie podoba się, że jest płasko, ja z kolei odwrotnie. Mieszkając na pogórzu rożnowskim, obok Beskidu sądeckiego napawam się płaskimi i szerokimi drogami. Czymś, co jest mi nieznane. Bawię się jak dziecko w piaskownicy. Gdzieś koło Źródełek rzeki Stok odjeżdżam do przodu sam. Trzykrotnie pokonujemy tę samą linię kolejową 😉 trochę zabawne, ale jak rozumiem, zdecydowała przejezdność trasy.

Powoli zbliżam się do Zwierzyńca. W głowie kawa i jakieś lokalne zimne piwko. Patrzę na zegarek. Młoda godzina jest koło 19. Woda jest, jedzenie jest. Szkoda czasu jadę do Krasnobrodu. To tylko kawałek. Do zagrody Guciów, którą znam z urlopu w tych okolicach. Ale zamiast prosto wjeżdżamy do lasu. I zagroda została na asfalcie, a ja w lesie na piachu. No nic taka dola maratończyka. Czasem coś fajnego na trasie, a czasem obok trasy. W lesie zaczyna robić się ciemno i mroczno z racji gęstości jego. Wyciągam lampę i jadę dalej. W Kaczórkach wyjeżdżam z lasu i już po bitej drodze jadę w kierunku Krasnobrodu. Tutaj mijam i zostawiam za sobą kolejnego zawodnika. Właściwie od Janowa to druga osoba, jaką udaje mi się zobaczyć na trasie. Pół dnia samemu.
Do Krasnobrodu wlatuję koło 22.30. Na jednym z zakrętów widzę agroturystykę i otwartą bramę. Pytam, czy mogę wziąć pokój na jedną noc. Właścicielka mówi, że i owszem. Rozbieram się i wraz z rutyną maratonową szykuję rower na rano do jazdy. Właściciele nie mogą zrozumieć, że po 300 km ja chcę jeszcze zrobić 200 km następnego dnia rano. Z tym rano to bym się nie rozpędzał. A o której pan będzie ruszał? A tak koło 2 😉 Mina Pani Renatki bezcenna. Kuchni nie ma, ale oferuje, że mi coś może przygotować w swojej kuchni. Wybieram 8 porcji naleśników z serem na słodko. 3 wchodzą od razu, 2 na śniadanie i 2 zostają na drogę w woreczku. Idę się myć. Koło 23.00 jestem w łóżku. Miękko wygodnie z poduszką. Prawie wakacje. Budzik nastawiony na północ.
Bilans tego dnia:
271 km
Łączny czas jazdy z postojami 13h 59 min
Czas jazdy: 12h 16 min
Wszystkie postoje 1h 42 min. Trochę dużo, na pewno w Janowie za długo trwała obiadokolacja. No nic ten element do poprawy na przyszły rok.
Wydaje mi się, że spałem z 5 h, a to tylko godzina. Ale po prysznicu zawsze tak jest. Wstaję. Jem naleśniki, w tym czasie się ubierając. Czekała na mnie jeszcze kawa w termosie. I karteczka na stole. Na karteczce życzenia powodzenia. 1 rano ruszam.
Wyjąłem kamizelkę i kurtkę wiatrówkę, bo nad ranem lubi być chłodno już. Ale nie ujechałem kilometra i wszystko zdjęte. Podjazd pod Szur to niecałe 5 km, 8% nachylenia i o dziwo 17 stopni.
Ciepło, wręcz gorąco. Tempo jazdy dramatycznie niskie. Niestety nie zdążył serwis oddać przerzutki i moje 50 z tyłu to teraz max 36 co w połączeniu z czterdziestoma zębami z przodu takie sobie przełożenie na takie górki. No i zaczynają się w końcu takie drogi, jakie znam z Roztocza. Piaszczyste.
Średnia 20 km/h jak dla mnie niemożliwa do utrzymania. Za Majdanem Sopockim nie wiem jak ale odbijam 30 metrów w lewo i zamiast wygodną ścieżką wbijam do obozu Harcerskiego. Szybkie pytanie, gdzie wyjadę na drogę, takaż sama szybka odpowiedź i zdziwieni druhowie odprowadzają mnie tylko wzrokiem, no bo kto normalny o 2 w nocy po lesie buja się rowerem.
Dojeżdżam do Józefowa, temperatura mocno spadła. Jest 13 stopni. Przy jeziorku Smalnik, które znam nad rzeką Studczek – właściwie rzeczką temperatura spada do 10 stopni.
3.30 rano. Jeszcze pół godziny i będzie w sumie najzimniejsza pora maratonowa. A że jedziemy, wzdłuż rzeczki to będzie i zimno i wilgotno. A do tego będą już poranne mgły. No prawie bajecznie.
Dojeżdżam do zlewiska Studczyka i Czarnej Łady na łąki. 8 stopni, to najniższa temperatura na tym maratonie, zimno, wilgotno, no i są mgły. Ubieram i kamizelkę i kurtkę. Teraz trzeba dotrwać do 6 rano i będzie coraz cieplej. Po drodze sprawdzam LIVE z maratonu, mam szansę minąć dwie osoby, które przede mną śpią. Byłoby fajnie, może siadłoby 6 miejsce. Zaczyna się kalkulacja.
Dojeżdżam do Aleksandrowa a właściwie Aleksandrowa Czwartego. Cała wieś to najludniejsza wieś w tym rejonie i najdłuższa w województwie lubelskim. Ot taki smaczek na trasie. Staję pod szkołą, bo przegrywam z zimnem i trzeba wrzucić nogawki na nogi. Patrzę na LIVE’a. Kropki, które miały spać, właśnie się ruszają. Czyli dojechali dalej, przespali się i ruszają za mną. To będzie ciężka końcówka.
No nic, jadę. W drogę.
Koło 6.30 robi się już całkiem jasno i nieśmiało wychodzi słońce. Powoli można się rozbierać, postoje do minimum, kropki dalej gonią. Kurde kropki są dwie, jak będą dobrze dawać sobie koło, to wchłoną mnie w ciągu 2-3 h. W miejscowości Zamch decyduję się pod dopiero co otwartym sklepem zjeść szybkie śniadanie, serek bułka i jogurt. Reszta do kieszeni. Tankowanie wody. Jeśli wszystko potoczy się dobrze, to jedynie jeszcze raz muszę zatrzymać się po wodę. 3 bidony starczają na jakieś 3-3,5 h. Do mety 130 km.
Po 10 minutach rozebrany do koszulki ruszam ku mecie. Kropki bliżej mnie. Na dodatek coś szwankuje i łańcuch i przerzutka. Tak się kończy niezabranie na maraton wosku lub oliwki. Chociaż o dziwo do tej pory 400 km prawie zrobione na UFO Drip daje bardzo dobrą opinię jak dla mnie dla tego produktu.
Początkowo szybko droga leci po asfaltach, ale nie minie nawet godzina i wbijamy w boczne polne drogi. Ale takie wiecie, klasyczne, na dwa koła wozu ciągniętego za traktorem. Kukurydza, owies, rzepak, zboże. Wszystko, co pamiętam z dzieciństwa u babci. Jakbym cofnął się w czasie. Nie ma ani jednego słupa z prądem, żadnej wsi. Sielsko. Bardzo. Trochę denerwuje pył na drodze, ale nie marudzę, ta sama droga po deszczu staje się śliska niemiłosiernie, o czym przekonali się uczestnicy Brejdaka, który był kilkanaście dni wcześniej w tym rejonie.
Aby do mety.
Za Wolą Cewkowską wlatuję do rezerwatu Lupa. I znowu wracamy na świetne żwirowe ścieżki. Droga się dłuży bardzo. Na 130km wylatuje z lasu i zbliżam się powoli do Sanu. Za nim już Leżajsk. Kolejna piwna miejscowość na trasie i kolejna, która będzie minięta bez piwa. Kropki coraz bliżej trzeba przycisnąć korby. Nogi powoli mówią dość. San. Jesteśmy w najniższym miejscu naszej trasy. Teraz do mety już tylko pagórki i górki.
Zjeżdżam do Leżajska już bez wody. Szukam sklepu, w którym najszybciej zrobię zakupy, tak więc rynek odpada, Lidl odpada i pojawiają się Delikatesy Centrum. Woda, banan, bułka, jogurt i dwa musy. Na rower. Mozolnie wbijam na Brzózę w kierunku Green Velo. Po drodze minę pizzerię, ale nie ma czasu już na stawanie. Kropki deczko oddaliły się. Znaczy stanęli na obiad w Leżajsku, więc trzeba wykorzystać tę sposobność. Trzeba odskoczyć. Do mety 60 km.
Za Brzózą wpadam do lasu, jest niemiłosiernie ciepło, duszno i parno. W głowie przemyka mi jedna myśl. Taka pogoda może się skończyć tylko w jeden sposób. Burzą. Dociskam. Jest szansa i na dobry wynik i na to, aby chociaż jeden słownie JEDEN maraton za ostatnie 4 lata skończyć bez deszczu. Jeszcze żadnego nie udało się pokonać bez. Z lasów wypadam przed Trzebosiem przede mną potężna chmura szelfowa. Ta burza będzie większa niż inne. Pomniejszam mapę, aby sprawdzić w którym kierunku meta. Już wiem, że to nie będzie TEN pierwszy maraton bez deszczu. Do mety 45 km.
W Sokołowie jestem na wiadukcie, prawie wyjeżdżam z miasta, temperatura spada z 33 Stopni na 19. I burza zaczyna swój koncert. Błysk, strzał, błysk, strzał. Deszcz pada a właściwie leje niemiłosiernie. Kurtkę zdążyłem ubrać z pierwszymi kroplami. Ale w tej zlewie jest właściwie tylko ochroną od wiatru. Woda wlewa się z kasku, po karku na plecy, do spodenek i wylewa przez buty na zewnątrz. Aby do lasu. W lesie nie będzie tak wiało. Za to w lesie było jeszcze groźniej, błysk i łup, i znowu błysk i łup. Tyle, chociaż, że tak strasznie nie wieje. Do mety 20 km. To będzie groźna godzina. I taka była. Gdzieś przed metą w Głogowie przestaje grzmieć, już tylko pada. Ostatnia prosta, ostatnie metry po szutrach i asfaltach.
No i wzorem najlepszych przeprawowych maratonów doczekałem się ujebu i jazdy po gruzie. Nie wiedzieć czemu na 7 km przed metą track prowadzi przez łąkę i gruz. Co ja się tam nakląłem. Jestem 6sty miejsca raczej nie stracę ale chciało by się złamać 30 h. A tutaj te koleiny. Dzizas ^*&#@^&@^ ja &*#^@& jak to powiedział Marek Konrad. Żeby dodać dreszczyku emocji, mijam zjazd na metę i walę śladem od nowa na drugą pętlę. W tym zamieszaniu z deszczem przeoczyłem ostatni skręt. Wracam. W sumie 4 km niepotrzebnego nadłożenia drogi. Meta. 30 h 4minuty. Zabolało. Jeszcze muszę rozliczyć się z tą trasą.
Ostatecznie 6ty.
Bilans tego dnia:
210 km
Łączny czas jazdy z postojami 12 h 46min
Czas jazdy: 11 h 00min
Wszystkie postoje 1 h 46min. W nocy przyspałem 2 x po 10 min gdzieś po drodze, śniadanie i sklep w Biłgoraju, ubieranie się i rozbieranie w nocy, ubranie się przed deszczem.
Łącznie czas przejazdu 30 h 04min
Czas jazdy: 23h 16min
Czas postojów: 6 h 48min. Za dużo. Do 3 miejsca straciłem 6h 5min. Wystarczyło krócej spać i nie stawać 😉
Epilog:
Koledzy od śpiących kropek to nie były te kropki. Śpiące kropki pozostały śpiące do rana. Kropki za mną okazały się kropkami, które goniły mnie od Janowa. Ja nakręciłem się, że oni spali i ruszyli i jechałem jak głupi do mety. Oni za to przeoczyli mój nocleg – czyli tę godzinę w Krasnobrodzie i prysznic – i myśleli, że skoro nie spałem, to mnie dogonią. Koło Leżajska rozdzielili się i już w takiej kolejności dojechali do mety. Nie mogli zrozumieć, gdzie zgubili moje spanie 😉 ot taka maratonowa anegdota.
Na mecie fantastyczni organizatorzy zaopiekowali się moim rowerem, dostałem i piwko i michę i kawę i stołek. Ledwo chodzę. Cały mokry. Szczęśliwy. Te 4 lata jazdy i ćwiczeń jednak się opłacało. Taki mały sukces. Pierwsza dziesiątka smakuje świetnie. Chciałoby się jeszcze kiedyś ten deser zjeść.
Wyposażenie:
Rower: Specialized Diverge 2021
Opony: Specialized Rhombus 700x42
Woda: 2 x 950ml + 750ml
Bagażnik: Tailfin
Paśnik: Revelate Desing
Oświetlenie: czołówka Armytek Wizard Pro – akumulator 18650, główne Armytek Prime C2 – akumulator 18650, jeden zapasowy
Odzież: Spodenki PEdALED Odyssey + koszulka PEdALED Odyssey + potówka Ashmei merino+carbon
kamizelka PEdALED Odyssey, kurtka przeciwdeszczowa SIGR NÄCKROSLEDEN' TRANSPARENT PRO, rękawki Ashmei merino, nogawki Kalas Rainmem, skarpetki PEdALED Odyssey, rękawiczki Specialized 74, komin Ashmei Neck Gaiter, koszulka z długim rękawem Ashmei Merino long sleeve baselayer.
Tomek G.
Marcinie, może i nie masz szczęścia do pogody ale pióro to masz Pan wyborowe! Kolejny Twój wpis, który czytam z wielkim bananem na twarzy:-)))
Marcin autor
a dziękuję bardzo ;-) czyli mówisz pisać więcej? ;-)
Tomek G.
...dużo, więcej. A może jakieś "podkaściki" na zimowe katowanie spinningowego? Rezerwat przygody znam już na pamięć;-))