GranGuanche 2023 - Wysypy Kanaryjskie mekka czy też męka gravelowa? 0

GranGuanche 2023 - Wysypy Kanaryjskie mekka czy też męka gravelowa?  

 

Lajkonik mówi sprawdzam! 

 

Na początek małe wytłumaczenie, tekst jest moją subiektywną opinią relacją z trudnego maratonu, jaki przejechałem, w tekście pojawi się duża doza autoszydery, a także mogą pojawić się zwroty powszechnie uznane za nieprzyzwoite.
Mogę? Mogę! Zatem zrób sobie kawę i czytaj.

I miej uśmiech na twarzy, ta opowieść kończy się pozytywnie.

Zatem jak to się zaczęło. W grudniu 2022 dostaję informację od Krzyśka, jadę na GranGuanche jedziesz? Co, gdzie, kiedy, ile, za ile?

Co? – maraton, a raczej ultra.

Gdzie? – wysypy kanaryjskie, bosko.

Kiedy? – marzec – jeszcze lepiej.

Ile? – tydzień.

Za ile? – szybkie liczenie, damy radę w 7000 zł się zmieścić.

 

Wchodzę w to. Szukam biletów, kupuję. I … ale trzeba by się zarejestrować. Brak miejsc. Brak miejsc? Jak to przecież grudzień dopiero. Po kilkunastu mailach z organizatorem dostaję się na rezerwową listę, parę dni potem dostaję się na listę uczestników. No to dwie najważniejsze rzeczy ogarnięte – kumple i rejestracja oraz bilety na wyjazd. Ryzykownie ktoś powie, bo gdzie zgoda manadżera ogniska domowego? Obeszło się bez maili i … zgoda otrzymana.

Po szybkim feryjnym zapoznaniu się z trasą oraz klimatem (jest mi trochę znany z poprzednich wizyt na wyspach) stwierdzić można jedno. Po pierwsze będzie ciepło (25-35ºC), po drugie będzie zimno w nocy (0-10ºC), po trzecie i co najważniejsze będzie bolało. Profil trasy, ilość przewyższeń i skala trudności. Zdecydowanie przebija nasze polskie ultra.
Co więcej, od listopadowych imienin nie wsiadłem na rower ANI RAZ, jedynie ćwiczenia na Sali podtrzymały sprawność przez zimę. Na co mi to było? Jak zwykle zapisałem się, nie z kimś z kim można by jechać i liczyć na pomoc, ale zapisałem się  z Łukaszem Ugarenko, Dawidem McKoprem i Krzyśkiem Miłoszem. Taka dobra "czołóweczka" naszego polskiego ultra.
Jeśli chodzi o podział miejsc, w tej naszej polskiej klasyfikacji przypadnie mi w udziale zasłużone 4te miejsce 😉, ale co mi tam, a chooj przygodo!!!! Lecimy!!!!

Wyjazd podzieliliśmy na dwie grupy – Ja z Dawidem lecimy na Teneryfę, tam zostawiamy walizki na rowery i jadąc przez całą Teneryfę, Gran Canarię i Lanzarote dojeżdżamy na start maratonu, poruszając się między wyspami promami. Łukasz z Krzyśkiem wybrali wersję z lotem od razu na Lanzarotę. Wszyscy lecimy kilka dni wcześniej, aby po pierwsze zaczerpnąć wiosny, po drugie zrobić szybką aklimatyzację i po trzecie odpocząć deczko. Co z tego wyszło, czytajcie, bo śmiechu było co niemiara już na drugiej wyspie.

Teneryfa przywitała fantastyczną pogodą. Od razu z lotniska +20ºC i lekki ciepły wiaterek. Nie zgadza się tylko tubylczy outfit, który zawiera kurtki puchowe. Te kurtki będą nam towarzyszyć, jak się okaże do końca maratonu. Nasze przybycie z relatywnie zimnego kraju doda nam punktów na wszystkich wyspach, przy +5/15ºC będziemy używać tylko cienkich kurtek z polartec alpha, gdzie zdecydowana większość uczestników z południowych krajów używać będzie tychże puchówek.

Wyjazd z lotniska zabrał godzinę ze względu na korki i ilość ludzi czekających na taksówki. Tak więc spóźniony docieram do sklepu, gdzie mam porzucić box już w czasie sjesty. Czekam w słońcu 1,5 h. Po tym czasie wbijam do sklepu zdecydowanie z kategorii mocnego Premium, jeśli chodzi o obsługę klienta. Wszystko da się! Wszystko zrobi się!

A w ogóle to niech pan zostawi boxa i idzie na lunch tutaj za rogiem, a my zrobimy wszystko. Tak też czynię i czekając, przy lokalnym świetnym jedzeniu, nagrywam pierwsze sceny do filmu. Po niedługim czasie dociera Dawid i wracamy do sklepu, aby i jego rower skręcić. Mój już stał cały zmontowany na tip top, a jego został w ciągu kilkunastu minut zmontowany tak samo. W trakcie pakowania rzeczy do naszego setupu maratonowego Dawid ciśnie ze mnie bekę, że mam za dużo i wyglądam, jakbym na dwa tygodnie przyjechał. Nie minie 10 miniut i będzie musiał wszystko odszczekać. Dlaczego? Bo zapomniał spodenek 😉 no i musi pożyczyć moje zapasowe, które miał być do użycia od teraz do startu. No nic. Trzeba się dzielić. Za to moje stałe powiedzenie, że "za drobne grzechy Bóg karze na miejscu" znajduje szybkie zastosowanie. Za to do końca wyjazdu nie doświadczam żadnej beki już ze strony Dawida. Piękne.😉

Porzucamy nasze zbędne rzeczy w sklepie i w czystym maratonowym setupie ruszamy ku przygodzie. Zostawiam nawet sakwę, w której miałem mieć, chociaż spodenki na przebranie i koszulkę. No nic jedziem.

Wyjazd ze sklepu od razu jest pod górę, a tych będzie na trasie jeszcze tysiące metrów. Pierwszy dzień to raptem kilkanaście kilometrów do El Medano gdzie jesteśmy umówieni z kolegą Makitkiem na pizzę i Rioję. Jest Hiszpania, musi być hiszpańskie wino. Po drodze zaczyna się piękna gra światła i zachodzącego słońca. Robimy parę fotek i jedziemy na spotkanie.
Następnego dnia zbieramy się z hotelu i jako że nasz plan obejmuje jedynie przejechanie całej Teneryfy pod wiatr do portu w Santa Cruz. To tylko 90 km i 1300 m w pionie. El Medano żegnamy o świcie i bez śniadania ruszamy ku przygodzie. Plan na te dni jest prosty, jedziemy tą samą trasą, ale nie gonimy się i nie czekamy. Każdy swoim tempem będzie wdrażać się w wyspę, a czekamy w miasteczkach, gdzie będziemy jeść. To nam gwarantuje odpowiednią dawkę samotności, która jak się okaże na całym maratonie, będzie towarzyszyć … wszystkim.

Już po 10 km udaje nam się złapać lokalną knajpkę gdzie za dwa śniadania, 4 soki, 4 kawy płacimy 9 euro. Szok i niedowierzanie. Kawa sztos, sok świeży, śniadanie bajka. Coś można wymyślić lepszego? Tak … dwa tygodnie czegoś takiego.

Ruszamy dalej. Cały dzień to będzie jakaś permanentna gra świetnej jakości widoków, obłędnie gładkich asfaltów, kierowców o uprzejmości niespotykanej na angielskim dworze i jedzenia które … gdziekolwiek się zatrzymaliśmy, było dobre. Temperatura o zdecydowanie wakacyjnych zakresach powodowała uśmiech, a w raz z nim co miasteczko decydowaliśmy się na postój i kawę i ciacho. Takim trybem dojechaliśmy po południu do celu naszej podróży, czyli Santa Cruz. Postój w porcie wykorzystaliśmy na zjedzenie obiadu i rozmowę. Przy niej okazało się, iż za odpływa prom na Gran Canarię, więc w sumie bylibyśmy koło 17 na miejscu. Biorąc pod uwagę, że na niej mieliśmy w planie jedynie 42 km, to postanawiamy nie zostawać na Teneryfie, tylko jeszcze dzisiaj pokonać GC co da nam jeden dzień zapasu w naszym planie. Później wyjdzie, że to była słuszna decyzja.

Po zakupie biletów na prom i sprawnym załadowaniu się z rowerami - tutaj trzeba wspomnieć iż organizacja promów, logistyki pakowania setek aut na nie i to jak obsługa sobie z tym radzi jest czymś poza skalą logistyki poruszania się po Polsce, nawet jeśli jest to Pendolino z wagonami dla rowerów. Poza tym obsługa promów ma chyba specjalne szkolenia z zakresu „Nie da się”. Wszystko da się, rozwiązują każdy problem i cały czas promy odpływają o czasie. O czym przekonamy się już jadąc sam maraton, a szczególnie ja, ale o tym już później, bo ten fragment opowieści boli najbardziej, gdyż na własne życzenie zostanę w porcie na 24 h spóźniony na prom.

Późnym popołudniem dopływamy na GC do miejscowości Agaete. Zostaje nam 42 km i liczymy, że w 2,5 h max 3 h uda się pokonać je. Mamy 650 m przewyższenia do zrobienia i dość widokową trasę, czyli stracimy trochę na robieniu zdjęć, ale pośpiech zdecydowanie nie był naszym celem.

Bardzo ładną drogą wjeżdżamy nad miejscowość Galdar, by górską ścieżką pokonać większość trasy z widokiem na poniższą autostradę i dziesiątki małych miejscowości. Celem naszym był punkt nad San Felipe, gdzie wiedzieliśmy, iż uda się o zachodzie słońca zrobić zdjęcia. Co też się udaje. Przed El Puertillo wjeżdżamy na autostradę. Tak na autostradę. Wszędzie na wyspach, jeśli nie ma znaku zakazu, można rowerem jeździć. I panuje ta sama zasada co na zwykłych drogach, auta omijając cię naprawdę szerokim łukiem. Co wydaje mi się niewiarygodne.
Już koło 21 dojeżdżamy do portu w Las Palmas. Zjadamy jedną z najlepszych pizz, jakie zjemy podczas tego wyjazdu i udajemy się do hotelu.

Następnego dnia ruszamy do portu, gdyż znajdujemy na rozkładzie prom o godz. 9.30, którym moglibyśmy dopłynąć na Lanzarotę bezpośrednio bez przesiadki na Fuertaventura. Do portu przyjeżdżamy w ostatniej chwili, bo o 9.10 i tutaj nasze pierwsze zdziwienie, port jest tak duży, że dojechaliśmy nie do tej kompani, która dzisiaj pływa i musimy pokonać 5 km do tej właściwej. Co zajmuje nam 15 min, o 9.25 wbiegamy do hali odpraw, aby kupić bilet. Pan w kasie lekko rozbawiony naszym pośpiechem pyta, czy coś się stało. Odpowiadamy iż chcemy kupić bilet na prom, na co ten odpowiada, ale prom odpływa o 23. My pokazujemy rozkład i mówimy iż chcemy tym o 9.30. Na co Pan śmiejąc się, odpowiada, Panowie, ale ten prom pływa tylko latem. I dalej chce nam sprzedać bilet na prom o 23. Cena … 197 euro.

Idziemy przemyśleć co dalej robić i jak mamy się zorganizować. Szybki telefon o poradę do kolegi Makitka zmienia nam plan i decydujemy się na Lanzarotę polecieć samolotem z rowerami. Cena 97 euro 😉 plus karton ze sklepu rowerowego. Pakujemy rowery i w strojach kolarskich wbijamy na lotnisko. Szybka odprawa, kawa, godzina lotu i jesteśmy dwie wyspy dalej. Sprawnie szybko bezpiecznie. Tak można bikepacking uprawiać.

Na Lanzarocie jedziemy spotkać się z Krzyśkiem i tam już wspólnie rozmawiamy o planach na maraton. Wieczorem dolatuje do nas spóźniony Łukasz i już w komplecie następnego dnia z Arrietty ruszamy na start Orzoli.

Mamy masę czasu, jako że start wzorem większości ultra na świecie rusza o 22.00, tak więc niespiesznie dokonujemy ostatnich zakupów, poprawiamy co jeszcze niepoprawione w rowerach i idziemy na wspólny obiad. Na nim po raz kolejny wszyscy wrzucamy komórki do czapeczki kolarskiej, która ląduje pod krzesłami na ziemi i znowu spędzamy wspólny czas na rozmowie. Niby mały detal, a jak istotny. Powoli zasada ta staje się naszym nawykiem i w sumie większość posiłków tak będziemy spożywać już do końca wyjazdu.

 

Maraton!

 


Lanzarote

Do startu ani nie śpimy, ani zbytnio nie uda się odpocząć, adrenalina robi swoje, rozmawiamy z mnóstwem osób, każda z innego kraju, każda z innym doświadczeniem. Poznajemy też dwóch kolegów z Polski, Romana wraz z bratem Piotrkiem. Jeden jedzie, drugi będzie nagrywał jego zmagania w trakcie jazdy. Tak mija nam czas do 21 i powoli zbieramy się na start.

22.00 to godzina zero. Od tego momentu każdy z nas w formule Self Support zacznie zmagania z trasą. Formuła nie dopuszcza pomocy z zewnątrz - biorą pod uwagę logistykę przemieszczania się przez pięć wysp promami, już samo to nadaje temu maratonowi jakiś szczególny wymiar.

3 ... 2 ... 1 … Start i ruszyły biało czerwone światełka w noc. Początkowo dość ciepło, bo aż 17ºC. Decydujemy się jechać jedynie w koszulkach i kamizelkach, z doświadczenia jedynie ubraliśmy od razu nogawki, bo w nocy na nogi ubrudzone kurzem, piachem, lawą źle się w zmęczeniu takie rzeczy wkłada. Później okaże się, że to był bardzo dobry pomysł. Pierwszy podjazd na Haría rozciąga już znacznie stawkę i właściwie przez większość nocy już każdy sam ewentualnie małymi grupkami 2-3 osobowymi, będzie przemieszał Lanzarotę. W górach temperatura spada do 9ºC, a przez całą noc mamy komfortowe 10-12ºC. Problemy zaczynają się koło północy, kiedy zaczyna wiać bardzo porywisty wiatr i szczególnie na ścieżce na brzegu klifu koło miasteczka La Santa, gdzie wiatr osiąga swoje apogeum. Pierwszy raz w życiu naocznie widziałem, jak wiatr wywraca zawodnika do góry kołami. Na moich oczach filigranowa dziewczyna na dość ciężkim rowerze zostaje w parę sekund zdmuchnięta przez wiatr i przewraca się do góry nogami bez wypinania z spd. Staję, pomagam się wypiąć i sprawdzam, czy wszystko ok, jeszcze z uśmiechem mówi, że ok. Zbieramy jej rower i ruszamy dalej w noc. 4 wyspy dalej sam doświadczę wiatru, który będzie powodował strach. Do parku De los volcanes wjeżdżam już sam i ani przede mną, ani za mną nie widzę żadnych światełek. Lekka mżawka daje trochę ochłody, bo ten huraganowy wiatr znad Afryki jest bardzo ciepły. Siła wiatru jest spora i tylko dzięki kamiennym murkom wzdłuż drogi jedzie się w miarę ok, kiedy murek ma przerwę na bramę, lub uliczkę wiatr skutecznie przestawia nas o pół pasa drogowego. Trzeba się pilnować.

Klimat jest tak nieziemski, że głowa zaczyna uciekać od spraw przyziemnych i włącza się typowo maratonowe przemyśliwanie spraw wszelakich. Na razie jest bardzo dobrze. Chwilo, trwaj. Dobijam do miejscowości Uga i zaczynają się w końcu zjazdy w kierunku ocenu do portu w Playa Blanca. Nie wiem, po co i dlaczego, ale włącza mi się ściganie i na tych zjazdach korzystając z mojej dużej masy, korzystam z każdej sposobności, aby nabrać prędkości i kogoś wyprzedzić. Jest to zupełnie bez sensu, prom jest o 6 rano, ja przyjadę całkiem wcześniej na tyle, że zdążę jeszcze odpocząć. Ale co tam ciśnie w korbach, jakby to była ostatnia, a nie pierwsza wyspa. W sumie po dobiciu do portu okazuje się, że to, co mnie tak chwilowo poniosło, było dobre, bo udaje się zająć ostatnią ławeczkę w poczekalni i pod quiltem trochę podrzemać do odpłynięcia. W poczekalni śpią już Krzysiek, Dawid i Łukasz. Wszyscy mniej więcej 30-45 min przede mną tam dotarli. Jak się później okaże to ostatnia taka wspólna noc wszystkich uczestników i jedyny prom gdzie także byliśmy wszyscy, od Fuerty zaczyna się to właściwe ściganie i pogoń za uciekającymi promami, które kursują punktualnie jak japońskie pociągi. Nie jedna osoba zostanie w porcie minutę czy dwie po odpłynięciu promu.

Rano uczestnicy czyszczą skutecznie pobliski bar z wody, coli, kanapek i wszystkiego, co da się zjeść. Cóż takie realia maratonowe. Nasze Orleny doświadczają tego samego przy okazji niejednego polskiego ultra.

Na promie wypijamy kawę, trochę jeszcze rozmawiamy, trochę nagrywam pod film, który w mojej głowie już się układa a na pewno narracja, którą będę chciał pokazać i emocje.

Tej nocy pokonuję 101 km oraz 1880 m w pionie gdzie najostrzejszy podjazd to 27%.

Średnia prędkość na tej wyspie to 17,2 km/h a maksymalna, jaką udało mi się uzyskać to 69 km/h. Czas jazdy 5 h 53 min, łączny czas z postojami 6 h 11min. Więc jestem bardzo zadowolony te 18 min postojów to tylko przebieranie się i pomoc uczestniczce po wywrotce.

 

Fuerteventura 

Z promu czołówka wyjeżdża bardzo mocno i właściwie tyle ich widzieliśmy. Potem pozostała część uczestników powoli zaczyna się rozciągać. Czeka nas prawie 160 km trasy i 4 potężne podjazdy, za to pierwszy najbardziej wymagający a kolejne 3 już deczko mniejsze. Przy czym deczko wcale nie były. Aż do miejscowości Los Lagos cała nasza droga wije się w dużej bliskości całkiem wysokiego klifu. Dramaturgii tej trasy dodaje cały czas rosnący w siłę wiatr z nad Afryki mega ciepły i suchy. Wszyscy mówili iż trasa jest zaplanowana tak, abyśmy jechali z wiatrem, a my znowu na drugiej wyspie jedziemy pod wiatr. Coś tutaj powoli zaczyna się nie zgadzać. W sumie to przez wszystkie wyspy będziemy zmagać się z wiatrem w twarz, który będzie cały czas skutecznie nas osłabiał i wystawiał naszą psychikę na próbę. Ubieram słuchawki, bo mam już dość odgłosu wiania. Z nimi zostanę już do końca maratonu.

Nad klifem doganiam ku mojemu zaskoczeniu Dawida i po krótkiej rozmowie dowiaduję się iż stracił cały bukłak wody. Wlał gazowaną i bukłak pękł. Jeszcze nie wiemy, że na całej trasie będzie jedno tylko miejsce, gdzie będziemy mogli uzupełnić wodę. Jakże inny to maraton niż wszystkie inne na kontynencie. Tutaj nawet za bardzo nie ma domów, aby zapukać i poprosić o wodę. Rzek nie ma na żadnej z wysp. Tak więc jesteśmy zdani od początku na zakupy na promach lub w portach. Kto nie wziął dużych bidonów i bukłaka jest na przegranej pozycji.

 



Nad klifem tym razem już za dnia doświadczamy także znowu wiatru i jego siły. Wygodna i ”czysta” bez dużych kamieni ścieżka jest dobra do jazdy, ale przy tej sile wiatru i odległości od krawędzi około 50-90 cm decydujemy się na jazdę pustynią, wolniej, ale i bezpieczniej. Tak ja, jak i Dawid mamy lekkiego stracha. Na szczęście przed Tope droga nasza zaczyna odbijać od oceanu i zaczynamy pierwszą dużą wspinaczkę tego dnia. Wiatr bez zmian, klifu brak, bezpieczniej, za to zaczyna się mozolna wspinaczka, aby pokonać naszą pierwszą przełęcz. Mijając miejscowość Tindaya - gdzieś w oddali - oczom naszym ukazuje się krajobraz iście marsjański z fenomenalną drogą wijącą się w dół. Bardzo szybki, ale wymagający zjazd nabija baterie entuzjazmu, widok na ocean, jaki się pojawia, rozpala umysł do granic. Jest fantastycznie. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, z tego, co w tym czasie słońce robi z nami. Ale to za chwile.

Docieramy do samego oceanu w bardzo urokliwym zakątku Puertito de los Molinos i znowu w górę. Przed nami 20 km podjazdu na Mirador de Guise y Ayose. Końcówka mocno upierdliwa, bo tak między 15-18%, niby asfalt, ale jednak. Jeszcze przed wjazdem na asfalt koło Baranco de Tao dogania mnie Krzysiek. Nie mogę ni cholery zrozumieć jak gość, który był przede mną, jest za mną. Nie ma bata, musiałem pomylić drogę. Zaczynamy rozmawiać i okazuje się, iż Krzysiek zgubił na pustyni telefon i się cofał po trasie. Jest godzinę w plecy. Pięknie. Rzuca do mnie, że chyba ze mną nie do końca ok. Pytam czemu? On mówi, bo masz całe fioletowe nogi. Patrzę na nogi. O fuck! Są całe fioletowe. Udar cieplny gwarantowany jak nic. Nie czy? ale kiedy! Nie mija parę minut i jest on oraz bomba. Krzysiek doprowadza mnie do miasteczka i siadamy pod drzewem, on odpoczywa, ja próbuję się na tyle ochłodzić, aby móc ruszyć. Po jakiś 20 minutach decydujemy się ruszyć. Ustalamy, że gdyby było grubo, to do niego dzwonię i się cofnie do mnie. Nie chciałbym mu psuć wyścigu, ale bezpieczeństwo jest na tyle ważne, że obaj bez słów to rozumiemy. Krzysiek szybko mnie odjeżdża, a ja cisnę za nim.

Po drodze mijam knajpkę, gdzie mam możliwość dotankowania wody, bo tej już bardzo mało. Stawia mnie to mocno na nogi. Zjadam dwa omlety, a frytki, które były do kompletu, wrzucam do paśnika, będą na później. W knajpce spotykam Dawida. Trochę gadamy, trochę milczymy. Dawid dla odmiany bez bukłaka cierpi na brak wody, a do tego ma nieszczelną oponę, brak mleka i … zapomniał pompki na maraton. Kombo. No cóż … “za drobne grzechy Bóg karze na miejscu”. Ruszamy.

 Wjeżdżam mocno wymordowany upałem. Temperatura stała między 30-36ºC, cień … pionowo pode mną. Ręce całe spalone, bo jak idiota ściągnąłem rękawiczki, aby wyrównać opaleniznę. Do końca wyjazdu będę cierpiał z tego tytułu bardzo. Na przełęczy szybkie zdjęcie z roweru i heja w dół. Do góry było bezwietrznie i gorąco wręcz upalnie, 36ºC. W dół jest wietrznie i zimno dla odmiany. Temperatura spada do 20ºC, a wiatr jest w … oczywiście w twarz. Zaczynam rozumieć chodzenie lokalsów w puchówkach. Ubieram kamizelkę i próbuję jakoś poprawić średnią. Czasami udaje się dobić do 30 km/h na zjeździe, 120 kg roweru z bagażem i mną i prędkość w granicach 20-25 km/h. Porażka.

Do pokonania mam jeszcze 3 przełęcze. W tym słynną Mirador del Risco i Montana Cardon. I za każdym razem ten sam numer wyspa robi. Pod górkę zero wiatru i słońce pionowo nad nami, a po drugiej stronie wiatr w twarz i 15º chłodniej. Na Montana Cardon zatrzymuję kolumnę holendrów na szosach i udaje mi się zdobyć bidon wody, bo tej znowu brakło. Woda schodzi w tempie ponad litr na godzinę. To powinno mi wystarczyć do Costa Calma. Teraz już tylko w dół 20 km. Do Costy dojeżdżam na oparach, jednak upał dalej daje w kość i postanawiam stanąć na 15 min pod lokalną wersją Biedronki. Cola. Lody. Woda. Owoce. Ładuję już wody pod korek, aby nie zatrzymywać się już do portu. Zostało 40 km i liczę na to, iż przy zachodzie słońca temperatura odpuści. Odpuści, ale za to wiatr przybierze na sile. Mimo iż czekają nas tylko hopki na trasie, co przyspiesza nasze tempo, to wiatr zaczyna tak wiać, że na zjazdach gdzie powinniśmy jechać po 40-50 na godzinę ciężko jest jechać 15. Apogeum wiatr osiąga w miejscowości Villa Sotavento, 2 km marszu pod wiatr od oceanu w stronę autostrady zajmuje mi 45 min. Nie, że ciężko jechać. Ciężko jest iść i pchać rower. Czy tutaj jest jakiś alarm RCB? Ile musi wiać, aby przyszło ostrzeżenie? Powtarza się numer z przełęczy. Tym razem w dół mamy wiatr i zimno, kiedy jedziemy na północny wschód, a po drugiej stronie Barancos (ichniejsze nazwy na doliny) zero wiatru. W dół 15 km/h, w górę 10 km/h. I tak kurwa 5 razy!!! Do portu w Morro Jable docieram o 18.30. 30 min po odpłynięciu ostatniego promu!! Więc czeka mnie przymusowy postój do rana do 6.00. Niech to szlag!! Woda, udar i wiatr rozegrały mnie na tej wyspie. Wyspa: Ja, zasłużone 3 do zera.

W tym momencie dostaję telefon od Dawida, płyną razem z Krzyśkiem i raportują, abym jechał do portu, bo jest prom o 20tej z innej kompanii. Yupikajej madafaka. Wracam do gry!

Wbijam do pizzerii. Zjadam ¾ pizzy, dwa kawałki zwijam razem do siebie, w siateczkę, na plecy, będzie na śniadanie. Port, bilet, prom. Wsiadam, płyniemy!!!

Buja … buja tak, że połowa zawodników płynących ze mną siedzi w toalecie i walczy z tygrysem. Ja w mega nastroju kładę się pod oknami i próbuję usnąć. Najpierw oczywiście kontakt, ładowarka i podłączenie wszystkiego, aby na noc wysiąść już naładowanym.

O 22.00 dobijamy do portu na Gran Canarii. Organizm mówi pass. Szukam hotelu. W tym szaleństwie wchodzę do tego samego hotelu, w którym nocowaliśmy z Dawidem przed naszym lotem na Lanzarote. Prysznic, cola, zjadam, resztki tego, co zostało, pizza zostaje na śniadanie z drugą puszką. Idę spać. Szybki raport tylko do znajomych, że cały i zdrowy. Zasypiam, zanim gaśnie komórka. 5.00 pobudka. Jutro też jest dzień. Jutro w sumie ten najważniejszy. Odpłynąć z Gran Canarii na Teneryfę w poniedziałek to był mój cel. Potem wg mojej rozpiski ma być chill i lżejsze jechanie, bo ilość godzin na kilometr znacznie korzystniejsza niż do tej pory, aby wyrobić się na prom. Już za 10 h okaże się, że NIE! No kurwa nie!

Tego dnia pokonuję 155 km, ze średnią 17,5 km/h, najostrzejszy mój podjazd to 19,6%, całość jazdy to 8 h 50 min, łączny czas postoju w knajpce na trasie, z Krzyśkiem, kiedy chłodzimy mój udar, postój w sklepie i kolacja w porcie 2 h. Sporo no ale taka to była wyspa. Wymagająca.

Gran Canaria 

Pobudka 5.10, rytuał ten sam, toaleta, prysznic, śniadanie, czyli te dwa kawałki pizzy z wczoraj z Fuerty, cola, rower i na rower. Ruszam. W porcie wszystko już żyje. Ruch jak w ciągu dnia, nie ma tylko turystów i knajpki zamknięte. Przy mnie otwiera się BP, więc wpadam na szybką kawę, kupuję krem do opalania, chociaż patrząc na moje ręce to teraz mi potrzebny krem na oparzenia, nie widać kostek a całość dłoni opuchnięta tak, iż nie mogę wcisnąć rękawiczek na nie. Czy boli? Boli i napierdala przy każdym ruchu. Pokarało opalanie, oj pokarało.

Ruszam z portu piękną - chyba - doliną, bo ciemno tak, że nie widać. Organizator puszcza nas środkiem Baranco Guiniguada, gdzie doświadczamy kocich łbów, jakich nie powstydziłyby się najstarsze kociewskie drogi – ten fragment udaje mi się nagrać. 5 km tego kanaryjskiego ujebu ujebów było nawet śmieszne, na 10-tym kilometrze wyrywa się już, co koci łeb przekleństwo, przy czym miejcie świadomość, iż większość tych kamieni miała rozmiar wiaderek do dojenia krowy!!! Kto i jak to wymyślił!!! Powoli kocie łby przechodzą w bitą ścieżkę i z Baranco ostudzony już temperaturą wyjeżdżam w całkiem znośnym stanie. Po wczorajszym 36stopnii dzisiaj zabójcze 10. W La Montaneta wbijamy na asfalt i jesteśmy na pierwszym “szczycie” tego dnia, niecałe 500m za to na 20 km trasy. Da się w górę? Da się!

Zjeżdżamy w dół w Mercalaspalams, udaje mi się wbić ponownie do lokalnej knajpki i wypić kawę na depresję czy despresso, i jeszcze jedno proszę. Czeka mnie 50 km podjazdu na Pico del Nievies, łącznie tego dnia robimy 3200 m podjazdów na 100 km trasy. Wyobraźcie sobie to teraz mieszkając na Mazowszu 😉

Po szybkich dwóch kawach ruszam do celu mojej dzisiejszej podróży, czyli Pico del Nievies. W Las Mejias pod sklepem spotykam a jakże Dawida z Krzyśkiem. Tym razem mówię, nie róbcie jaj, że zgubiliście telefon czy znowu bukłak pękł. 43 km trasy. To jest niemożliwe, że ich doszedłem. Okazuje się w rozmowie, iż prom chłopaków ten z 18 tej z Fuerty był jednym z tych małych i zamiast płynąć 2 h, płynęli na GC 4h. I bujało tak, że prawie wszyscy byli w kiblu. Oni też mocno wytyrani przez brak wody, powroty na trasie i temperaturę stwierdzili, że idą spać w porcie i ruszają wcześnie rano. Tym sposobem na trzeciej wyspie znowu widzimy się w tym samym miejscu. Ich promy spowalniają, mi dodają energii. Socjalistycznie nastąpiła pewna forma równowagi 😉

Pod sklepem spędzam 20 min, doładowany w wodę i jedzenie ruszam na atak szczytowy. Jeszcze nie mam świadomości, że na 23 km podjazdu będę musiał wspiąć się aż 1600 m.

Ogarniacie 1600 m pod górę na 23 km?

Jeszcze na początku doliny widzę w oddali Krzyśka, ale szybko znika. Po drodze oczywiście brak jakichkolwiek wodopojów, znaczy znalazłem restaurację, w wykutej skale – nomen omen mega klimatyczne miejsce i chciałoby się tam zostać. Brakuje mi wody, ale knajpa zamknięta i nie ma skąd zaczerpnąć, ale pracujący tam robotnicy częstują mnie a jakże lokalnym piwem. Co mi tam biorę.

Słonce powoli zaczyna operować z siłą jak na Fuercie i szybko dobija do 30C. I tak już będzie do szczytu. Po 6 godzinach dobijam na 55 km i na zakręcie doliny na podjeździe, który ma 19% ukazuje mi się upragniony wodopój - knajpka w skale. Kolejna. Decyduję się zatankować wodę, posiedzieć 15 min i ruszyć dalej w skwar. Z tarasu widokowego owej knajpki nagrywam zmagania kolejnego uczestnika, który za mną pokonuje tropem węża podjazd pod restaurację. W podobnym miejscu, gdzie i ja przegrywa z grawitacją i resztę trasy pokonuje w pokorze z buta. Ruszam szkoda czasu.

Ścieżka przechodzi z asfaltu w szutr a ten za chwilę w betonowy podjazd. Mówię, po cholerę ktoś tutaj wylewa beton. Po 300 metrach już wiem po co. Po to, aby na 25% pod...chodzie nie ślizgały ci się buty. Od knajpki do szczytu pozostaje mi już tylko 15 km. I 1000 m przewyższenia. To będą bolesne kilometry. Przed samym atakiem szczytowym na krótkim wypłaszczeniu oczom ukazuje się wodopój, w starym kamperze gdzie grankanaryjczyk sprzedaje wodę, ale moje miejsce w stawce skazane jest na zakup piwa, bo wody, coli i innych napojów brak.
Zostaję uświadomiony, że wjechałem najstromszym podjazdem w Europie, a następne kilometry są “very very up”, a potem już będzie z górki. Idź pan w chooj z taką radą.

Piję piwo, żebram o wodę od parki na motorze – gdzie paniusia w białej skórze napomina partnera, aby nie oddawał całej wody, bo przecież oni jeszcze jadą godzinę. Na co ten odpowiada „przecież sobie kupimy za chwilę”. I odlewa mi całość ich wody do mojego bidonu. Wybawco!!! Niech ci Bóg w nowej partnerce wynagrodzi. Bo z tą będziesz się męczył.

Jadę dalej. Upał, wiatr, upał, w górę. 10%, 12%, 14% już nie robią różnicy, takie wartości pozwalają siadać na siodełko i przyspieszać. 15% i więcej pod 20% to rzeźnia. No cóż. To taka Kanaryjska wersja PGR. Tylko razy 5.

Równo po 10 godzinach moja wspinaczka dobiega końca. Oczom moim ukazuje się dolina o takiej wielkości, że można by wsadzić na szerokość Tatry. Cudo!!!!! W oddali widzę Teneryfę i ponad chmurami Teidę. Widok jest monumentalny. Jeśli miałbym zapamiętać jeden jedyny widok z całego tego maratonu to dokładnie TEN. Miejsce to łatwo odnajdziecie na mapie:


https://www.google.com/maps?ll=28.005318,-15.599033&z=18&t=h&hl=pl-PL&gl=US&mapclient=apiv3&cid=15157772106904941873


to zakręt przy hotelu Rural El Refugio. Warto tam pojechać dla tego jednego widoku.

Od teraz pozostaje mi 70 km zjazdu, który będę jechał 4 h!!!!

Po około 25 km szybkiego i krętego zjazdu wjeżdżamy na stokówkę. Już tak szybko nie jest, bo kamienie są dość duże, a ilość szyszek wielkości małego nocnika skutecznie nas zwalnia. Do dna tego zjazdu wszystkie mięśnie kulszowo-goleniowe będą piekły. Będą pośladki na wakacje jak kokosy. 😉 Wraz z drastycznym spadkiem wysokości spada też temperatura. Poruszamy się północną częścią zboczy i z upalnych 36 stopni robi się 15-10 stopni. Co wyspa scenariusz powtarza się z uporem, rano koło 8-10 by w południe było koło 30-36 by pod koniec dnia w ciągu godziny najdalej dwóch spaść znowu w okolice 10 ciu. Oprócz wody, siły pod górę, wiatru czwartym faktorem, który daje zysk/stratę jest ubiór. Ostatnim z nich jest rower i jego bezawaryjność. Odpukać, póki co wszystko w tempo nic się nie popsuło, nie miałem kapcia, totalnie …. Fuck rusza mi się przednie koło na boki. Oś? Co jest? Kilka telefonów dalej przeklinam na czym świat stoi. No nie wypłynę dzisiaj z GC, może dojdę do portu. Fuck fuck fuck. Kolejne telefony w poszukiwaniu serwisu na Teneryfie w porcie, aby w najgorszym wypadku nawet kupić to cholerne koło. Po którymś telefonie Kuba mówi, odkręć całkiem koło sprawdź łożyska i oś. Sprawdzam. Zero luzu, nic. Przykręcam koło próbuję je zakręcić i … zero luzu, nic się nie dzieje, nic się nie rusza na boki. Halo Kuba … oś mi się odkręciła. Nie było tematu. Pewnie na świeżości i w spokoju pierwsze co bym sprawdził to, czy dokręcona jest. Ale na maratonie po tylu kilometrach i tylu podjazdach psychika zrobiła figla. No nic, życie. Deko stresu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

W efekcie dużego rozluźnienia, na górze pod hotelem, zacieszu widokami i przeżartowaniem do znajomych, że popłynę sobie następnym promem o 20tej, a nie tym o 18tej i stresikiem z kołem ląduję w porcie o 19.30. Zostaje mi 30 min na spokojny zakup biletu i wbicie na prom. Jeszcze nie wiem, że ten ciąg decyzji będzie mnie bardzo dużo kosztował następnego dnia. Bardzo dużo!!!

Tego dnia pokonują łącznie 140 km, 3340 m w pionie, z czego 3000 m na 100 km. Średnia prędkość podejścia i zjazdu 13,6 km/h. Najostrzejsze podejście to 25%. Czas jazdy 10 h 17 min. Czas z postojami 14 h 11 min.

 

Teneryfa 

3 dzień jest najgorszy na każdym maratonie, od 3 dnia zaczyna się tak naprawdę ultra. Każdy krótszy to jednak nie ultra mówią. Czemu? Bo wstawanie trzeciego dnia jest najgorsze. Bo trzeciego dnia z reguły masz ochotę zostać na kwaterze, bo statystycznie tego dnia następuje 60% wycofów na dużych ultra. To nie moje wnioski, ja tylko jestem w tym samym miejscu co setki takich przede mną.

Budzik zadzwonił o 5.55, 6.00 pada soczyste i przewlekłe kuuuuurwa. 6.05 telefon z domu, dlaczego jeszcze nie jadę. No muszę wstać. Muszę zjeść, muszę, a nie chce mi się. Pościel tej świątyni snu jest tak dojebanie dobra i ciepła, że nie mam najmniejszej ochoty wstać i jechać. 6.15 zmuszony dużą ilością wewnętrznych przekleństw jestem ubrany i stoję gotowy do wyjścia. Rower w stanie rozpacz. Smaruję jedynie łańcuch. Pokój zostawiam śmierdzący śledziem, sokiem z pomarańczy pomieszanych z octem. Po prostu tak po ludzku … jebiący.

Ruszam. Po godzinie dojeżdżam czy też dochodzę do miasteczka Esperanza. W dopiero co otwartej piekarni kupuję śniadanie, trochę chleba i drożdżówki, dobieram wodę. Jeszcze nie wiem, że do szczytu czeka mnie ciężki czas, a także brak jakiekolwiek miejsca na doładowanie wody. Tego dnia minie mnie może 3 osoby.

Z Esperanzy ruszam już z dobrym humorem, słońce zaczyna ogrzewać powietrze, nawet udaje się zdjąć kurtkę, bo z 5ºC na dole robi się 11ºC. Rozpusta. Kryzysowy ten dzień. Kryzysowy klimat, bo wręcz psychodeliczny. Na wylocie z miejscowości ostatni raz widzę Teidę, potem znikamy w lesie. W 4 tej godzinie ruchu wjeżdżam w chmury. Temperatura spokojnie sobie spada w kierunku 5ºC. Do tego dochodzi stała mżawka i deszcz. Jest tak totalnie cicho, że w pewnym momencie staję, aby nagrać odgłos kropel uderzających o korę drzew. Kropel wielkości główki od szpilki. Mieliście kiedyś taką cieszę? Totalny obłęd!!!! Niezapomniane wspomnienie. W tej chmurze jest tak zimno i cicho, że puszczam muzykę na słuchawkach, aby cokolwiek się działo poza mozolną wspinaczką. W jej trakcie nieświadomie zaprzestaję podstawowej maratonowej rutyny, czyli picia i jedzenia. W efekcie na 55 km po 7 h jazdy dostaję bombę życia. Ledwo idę. Nie mam co pić. Próbuję ratować się podgrzanym MRE, licząc na jakąkolwiek wodę z pożywienia. Do szczytu 10 km, na nagranym filmie liczę, że tą moją średnią tak 1,5 h max. I ruszam. Już wiem, że prom popłynie beze mnie. A było zostać w Lagunie i przespać się 😉 no trudno, życie. Z lasu wychodzę, po 2 godzinach pokonując 10 km. Całkiem dobre tempo jak na chodzenie po górach. Na piargu z lawy dogania mnie pierwsza tego dnia osoba. Pyta jak ze mną, mówię, że mam bombę życia i że generalnie słabo. Kolega mówi, że mamy 5 km i że damy radę i odlewa mi całość, z tego, co ma w swoim bidonie, jakieś 1/3. Pytam a co z nim, co on będzie pił. On z rozbrajającym uśmiechem odpowiada „chłopie, ale ja nie mam bomby”. Ze śmiechem ruszamy dalej na szczyt. Za nim dwóch jego kolegów. Jeden ma 61 lat i uprawia triatlon, drugi ma 25 lat i rozwalił właśnie kolano, a on sobie radośnie podąża przed nimi. Kolega ma 34 lata. No to świetnie się uzbieraliśmy, 25, 34, 44, 61 i po prawie sześciuset kilometrach jesteśmy w tym samym miejscu mimo całkiem innej „kariery” sportowej.

Na szczycie już w czwórkę robimy wspólną fotkę. Przeklinam Teide, ile tylko mogę jednocześnie, nie mogą wyjść z podziwu nad widokiem, jaki mamy. Patrząc na poniższe chmury, próbuję ogarnąć gdzie i jak zawaliłem. No nic trzeba dalej. Ku dołowi.



17.30 dostaję telefon od chłopaków. Ruszyli na El Hierro. Ja ruszę jutro. Dzisiaj jeden cel dobić do hotelu i zregenerować się maksymalnie ile się da. Jutro czeka nas jazda całą noc.

Na razie zjeżdżamy w kierunku wulkanu, za nim ma być restauracja. Tam stajemy, aby spokojnie zjeść i się napić. Zjadam, jak mi się wydaje, najlepszą pizzę na trasie. Ani najlepsza, ani dobra. Po prostu pierwszy ciepły posiłek od Fuerty. Z tego wszystkiego popełniam kolejny błąd. Nie zabieram wody na jazdę w dół. Kolejny błąd. Chyba jednak trudny ten maraton.

Zjeżdżając, patrzę na nawigację, 70 km w dół. Zjeżdżamy z 2300 m n.p.m., będzie bolało. Zajmie nam to 4 h, bo, a jakże mamy po drodze 600 m jeszcze podjazdu, dwa razy po trzysta.

Ale na razie nie to najważniejsze. Jestem w tak fenomenalnym miejscu na zachodzie słońca, że nie gęba cały czas mi się śmieje do pomarańczowego słońca, intensywność koloru, której nie da się do niczego porównać. Jest kosmicznie pięknie. Robię, z 30 podobnych zdjęć licząc, że któreś będzie epickie. Dolina, którą zjeżdżamy, spokojnie mogłaby zmieścić Kościelec czy Świnicę. Sztos.

Na zjeździe staję przy samochodzie jakichś ludzi co robią zdjęcia i ponownie dostaję wodę. Już spokojniejszy zaczynam się powoli ubierać. Wzorem poprzednich wysp po zachodzie słońca temperatura z 15-16ºC robi się znacznie poniżej 10ºC, ale tak bliżej 5ºC. Ubieram kurtkę z polartecu alpha, zimowe rękawiczki - dalej mam mega spuchnięte ręce, które trochę odżyły w chmurze przed Teidą w wilgoci – ale wkładając je lecą łzy po twarzy. Ręce bolą niemiłosiernie. Kara musi być. Tak się kończy opalanie bez kremu na tej szerokości geograficznej. Umówiony z chłopakami w hotelu w Los Cristianos jadę spokojnie w kierunku oceanu. Od Vilaflor, czyli setnego kilometra znowu zaczyna się sekwencja setki zakrętów. Przy 4 stopniach i wietrze od oceanu mam już tylko jedno marzenie. Zjechać!

Droga dłuży się w monotonii skrętów, aż dobijamy do portu. Tutaj od razu uderzenie ciepła. Z tych czterech stopni robi się 14. Można ściągnąć kurtkę. Wbijam do hotelu, równo ze mną koledzy. W hotelu jak zwykle wszystko da się. Szok. Całkiem co innego niż w wielu miejscach w Polsce. Każdy dopada swojego łóżka i zaczynamy odgruzowywać rowery i siebie.
Ktoś zamawia jedzenie i paski energii oraz humoru znacząco rosną. Mimo iż każdy myślami jest na promie, który właśnie dopływa do El Hierro, jesteśmy w dobrych nastrojach i żartami rozładowujemy, jakby nie było ciężki dzień dla nas.

Statystyka tego dnia jest następująca: 129 km, 3000 m w pionie, najostrzejszy podjazd 19%, średnia znacząco podskoczyła na zjeździe. Z 7,2 km/h na 12,7 km/h. Czas jazdy 10 h 7 min. Łączny czas od hotelu 14 h 36 min. Gdyby nie bomba byłby prom, gdyby, gdybać to sobie można tylko nic to nie zmienia.

 

Teneryfa – EL Hierro 

Poranek jest totalnie nie maratonowy, wstajemy koło 7, 8 godzin porządnego snu. Organizm lekko zregenerowany. Chłopaki jadą szukać serwisu, bo u dwóch z nich awaria, na razie uniemożliwia dalszą jazdę, jeden problemy z przerzutką, drugi z hamulcami.
Zatem pakuję swój mandżur i jadę szukać śniadania. Wbijam do lokalnej knajpki, która gwarantuje normalne nieturystyczne ceny, dobrej jakości jedzenie i świetną kawę ze świeżym sokiem pomarańczowym. Jak zwykle w cenach do 10 euro.

Po śniadania jadę do portu w poszukiwaniu apteki. Ręce mam wstanie MROK. Jestem spuchnięty jak boczek po peklowaniu przed wędzeniem. W aptece pani załamała ręce. Szybko organizuje mi receptę i dostaję maść na oparzenia. Czyli jednak grubo.

Niespiesznie szukam knajpki na lunch i w cieniu, aby dotrwać do promu. Nagrałem trochę materiału do filmu, zjadłem, zrobiłem zakupy. Dalej do promu 4 h. Co tu robić. Dostaję sms, "Idź do barbera 😉 poprawisz gębę, do fotek 😉 ", ot taka szydera znajomych. Co ja nie pójdę?

15 min później siedzę na fotelu u barbera. Wychodzę ogolony, pachnący w śmierdzących ciuchach. Tego jeszcze w polskim internecie nie grali. Wybija 17. Czas do portu.

W porcie całkiem solidna grupa spóźnionych – chociaż są i tacy, którzy jeszcze są na Gran Canarii. Około 30 osób, szybko licząc. Dopływa prom, a wraz z nim z promu schodzą Łukasz i Krzysiek. Dawid postanowił przespać noc i pojechać całe El Hierro za dnia, bo podobno jedna z najlepszych i najbardziej zielonych wysp.


Chłopaki opowiadają co na samej wyspie, po pierwsze od portu do mety brak sklepów i wody, ostatnie miejsce zaraz w pierwszej wiosce stacja, ale tylko do 22.00, w czym problem przecież to 8 kilometr od portu a dopływamy o 20.15, na miejscu okaże się, dlaczego to problem. Ale nie ubiegajmy emocji.

Po drugie będą dwa miejsca, w których będziesz się bać i uważaj na siebie. Tutaj następuje dokładny opis miejsc, w których mam się bać.
Po trzecie uważaj na zjazdy, bo zagotujesz hamulce i uwaga ostatnia masz nowe klocki w zapasie? Mam. To zmień. Ale mam jeszcze pół tych, co mam. Nie, zmień na nowe.
Powodzenia, narka, będziemy czekać. Jedź. Aaaaa na promie będzie bujało to, żebyś tylko w miarę przetrwał podróż.

Na promie biorę sobie jednak do serca uwagi, rower do góry kołami i zmieniam klocki na nowe. Stare przezornie chowam do torby, byle się nie przydały, ale w razie W lepiej mieć pół niż wcale.
Na promie bujało tak, jak nigdy do tej pory pomiędzy żadną wyspą nie bujało. Chociaż prom z Fuerty na GC bujał baaaardzo mocno. Po tym, jak stewarda na kolejnej fali wyrzuciło z kawą z zza baru bar i sama mesa zostały zamknięte. Tym razem prawie wszyscy w kiblu. Ja … ja sobie idę spać pod stoliki. Prawie usypiam, gdy słyszę odgłos wielkiej wiewiórki łupiącej z uporem orzeszki fistaszki. No nie zniosę. Miałem spać. Miałem odpocząć. Patrzę spod stolika spode łba, rzekłbym na człowieka, który tak łupie te orzeszki. On widzi, że próbuję spać, ja widzę, że on widzi. On nie zwalniając tempa łupania, odzywa się po hiszpańsku do swojej towarzyszki podróży. No naprawdę nie możesz się przesiąść i łupać tego gdzie indziej.
Nagle z rozmowy wychwytuje słowo El Pendejo. Osz ty!!!

Mój barberowy pachnący look musi zostać brutalnie przerwany. Nie chcesz po dobroci, to masz. Cyk ściągam buty i zaburzam jakże miłą scenę fistaszkowania tym specyficznym maratonowym fetorkiem, który towarzyszy nam od pierwszej nocy. Jednak skarpetki merino nawet renomowanej marki muszą walić po 4 dniach jechania. Fistaszek idzie siedzieć, przeklinając, gdzieś dalej. Ja idę dalej spać. Fistaszek : Merino 0:1.


Dopływamy do portu. Od razu decyduję się na kurtkę, bo jakoś wydaje mi się, że ta noc będzie inna niż wszystkie. I tak też będzie. Od portu od razu dzida w górę. Żadnej rozgrzewki jak na Teneryfie czy Gran Canarii. Nie, że kilometr dwa czy osiem płaskiego. Od razu z rampy w górę.
Dopiero rano na mecie zobaczymy, z czym się zmierzyliśmy. Idąc na zachód w górę towarzyszy nam wiatr o huraganowej wręcz sile wiejący od strony oceanu, przy drodze brak barierek, nie że nie da się jechać, nie da się iść, idziemy 3-4 km na godzinę. Rowery podnosi w rękach. Szaleństwo. W taką pogodę w Polsce alarm z RCB zaleca schowanie wszystkiego z posesji i niewychodzenie na pole lub dwór. A my sobie na maraton pojechaliśmy. Po 5 kilometrach, które nawrotka na południe i pod tą samą górkę pedałując, jadę 18 km/h, nawrotka w prawo i idziemy 4 km/h. I tak jeszcze dwa razy. Do stacji benzynowej na 8 kilometrze docieramy po godzinie i 28 minutach. Fajnie nie?

Robię doładowanie wody, jedzenia mam dość i ruszamy w noc. Zaczyna padać deszcz. Wjeżdżamy w chmurę. Klimat nieziemski. Wiatr tak huczy, że i ta noc będzie cała na słuchawkach. Przynajmniej mniej wieje i mniej dokucza hałas.

Po dwóch i półgodzinach docieram na piętnasty kilometr trasy, postanawiam trochę, zjeść siedząc. W 5 min zostaję tak przemrożony przez wiatr, że do końca do mety już nie będę nigdzie stawał. Bo przez następne 40 min nie mogłem odzyskać temperatury. Wieje, tak wieje. A najgorszy jest, jak wiadomo wiatr. Dojeżdżam do Guarazoca i mam przed sobą trzy solidne podjazdy, o których napisał mi Dawid. Pierwszy raptem 15%, kolejny tylko 19%, ale na ostatnim 24% przekleństwa już nie ustają. Nagrywam dwóch kolegów, którzy mnie doganiają, od samego patrzenia bolą mnie ich łydki. Jest grubo. A to nie będzie najgrubszy podjazd tej nocy.

Ruszamy dalej i właściwie po chwili znowu zostaję sam, to były pierwsze i ostatnie osoby, jakie spotkam do mety na tej wyspie. Do pierwszego szczytu 30 km pokonuję w 5 godzin. Temperatura dalej 10ºC i, deszcz dalej kropi. Zaczynam zjeżdżać. W głowie mam pierwszą przestrogę od chłopaków na tym zjeździe. Początkowo jadę świetną szutrową drogą. Ok jest mocno stromo, ale nic czego można by się obawiać, do momentu z zakrętem gdzie z ubitej drogi wpadam w luźne drobne kamyki i zaczyna mnie ściągać w kierunku przepaści, której głębokość jest nie wiadoma, a wiejący wiatr pcha mnie od strony lądu w jej kierunku. Robi się ciepło. Robi się kurwa gorąco! To, to miejsce! To, przed którym przestrzegali, jednak nie robili sobie jaj. Siadam na chwilę na ziemi. Trzeba ochłonąć. Do dna do oceanu jeszcze jest ponad 10 km. W pewnym momencie staję, bo zagotowały mi się hamulce, jak to wygląda? Normalnie. Klamki wpadają ci do dna i rower zaczyna przyspieszać, jakbyś je puścił. Wypinam buta i trąc po betonie, próbuje zahamować. Staję. Nagrywam w tym czasie ujęcie do filmu i w sumie pada słuszna uwaga, przydałby się wykres zniżeń na nawigacji na takie sytuacje. Płyn ostygł i odzyskuję ponownie panowanie nad rowerem. Ruszam. Na 52 kilometrze docieram do oceanu, Playa del Pilato. 6 h 15 min, 27 km, na których pokonałem 1840 m w pionie.

Teraz czeka mnie 5 km w miarę łagodnego przemieszczania się przy oceanie oraz potem 25 km podjazdu na Pico Malpaso, 25 km i 1700 m w pionie. Brutalnie.

Jazda wzdłuż oceanu do najprzyjemniejszych nie należy, stały huraganowy wiatr w kierunku oceanu. Siatki po lewej stronie drogi na kamienie pełne tychże. Część z nich widać, że świeżo spadła. Nie przebiły siatki, ale psychika swoje robi. Już później w Podkaście Rowerowym Krzysiek Miłosz powie, że w tym miejscu fizycznie się bał. Ja też. W sumie wszyscy tam się bali, z kim rozmawiałem z maratonu.

Od 59 kilometra skręcamy po południowej stronie wyspy na zachód. I tutaj dla równowagi wiatr wieje tym razem od Oceanu w kierunku lądu. Zmienia się to iż nie ma obaw o spadnięcie gdziekolwiek, ale siła wiatru cały czas niszczy nasz pasek energii i psychika zostaje wystawiona na kolejną próbę. Gdzieś tak na 66 km zjeżdżamy z asfaltu na szutr i zaczynamy właściwą wspinaczkę na górę. 14, 16, 19, 13, 15, 19, 14 … to wartości w procentach kolejnych podjazdów. Nie chce mi się tego ani przypominać, ani nie chcę tego pamiętać. Dostajemy słusznie w kość. Maraton w ciepłym klimacie musi mieć jakieś minusy. Ten ma ich całkiem spory arsenał.

Pico Malpaso osiągam równo ze wschodem słońca. 11 i półgodziny od portu. Jestem totalnie wypruty ze wszystkiego. Na szczycie piję ostatnie łyki wody z bukłaka. Reszta wypita. Zostaje mi tylko jedzenie. Nagrywam kilka scen i ku dołowi do portu. Do portu mam 40 km, co zajmie mi 3,5 h. Zjazdu!!!! Bo oczywiście okazuje się, iż to nie jest już tylko w dół. 15 km przed metą mamy do pokonania 500 m w górę na 5ciu kilometrach. Serio ? Jeszcze mało jechaliśmy w górę? W sumie cała trasa to 114 km i 4670 m przewyższenia. Niech mi ktoś powie, że mój Lajkonik ma dużo przewyższeń. 200 km i 4000 m. Po tym maratonie to brzmi jak śmiech.

Zjeżdżając w świetle wschodzącego słońca, oczom moim ukazuje się tak piękny i sielankowy las, że z tego wszystkiego zapominam cokolwiek nagrywać. A szkoda. Widoki zostaną tylko w głowie i kilka krótkich ujęć na filmie.

10 km przed metą w miasteczku Taibique znajduję otwartą kawiarnię. Jestem tak wcześnie rano, że czy będę na mecie 30 min w tę, czy w tamtą jest bez znaczenia. Zjadam śniadanie, popijam sokiem, jem zimnego loda i ruszam w dół. Aaa zapomniałem jeszcze ten króciutki 500set metrowy podjazd na 5ciu kilometrach. Czy kląłem? Oj tak. Organizator został solidnie przeklęty. Nie wiedząc skąd, za moimi plecami pojawia się uczestnik maratonu, skąd i jak ? Nie mam pojęcia. Ale moje 44te miejsce zostaje zagrożone. Włącza mi się rywalizacja, która już nie wiele przecież wnosi, ale jakoś tak te 44 jest symboliczne, w tym roku tyle kończę lat. Więc to taki mój mały wyścig o podium środka stawki. Dojeżdżam do szczytu, widząc za plecami sylwetkę mojego konkurenta. Tutaj w głowie pada stwierdzenie, że musiałby ważyć więcej ode mnie, aby na drodze w dół mógł mnie pokonać. Bo od 103 km mam już tylko 10 km zjazdu. Cieszę się jak dziecko, prędkość sama się nabiera. W pewnym momencie mam prawie 70 km/h.

I nagle powtarza się sytuacja z nocy, wpadają mi klamki do dna i zostaję bez hamulców. Tym razem wypinam drugiego buta i powtarzam ten sam manewr zatrzymania. Oba buty do wyrzucenia. Ale za to uniknąłem wypadku lub gleby. Próbuję ochłonąć. Patrzę na wykres. Zjazdy mają 25-30%. Tak można ? nie ma żadnych przepisów w kwestii prowadzenia dróg tutaj? W górę w nocy jedno podejście miało brutalne, 39% nigdy nie wchodziłem nigdzie z rowerem po tak stromej drodze. Nigdy też nie jechałem po asfalcie w dół tak stromo. Ostatnie 7 km w dół pokonuję w 30 min. Tak mam przegrzane hamulce. Wiatr tym razem jest łaskawy i wieje od oceanu. Na mecie od organizatora dowiaduję się, że dzień wcześniej chłopakom wiało od lądu do oceanu. Teraz nie dziwię się, że przestrzegali przed paroma miejscami.

Meta … wjeżdżam na metę, a właściwie urywa mi się track. A więc to już, teraz, koniec. Nie ma nikogo. Dosłownie. Nie ma żadnej flagi, napisu, banneru, nic, dosłownie. Po chwili podjeżdża uczestnik, który ukończył maraton dzień wcześniej, mówi, że jest za wcześnie na to, aby tu ktoś był. Pytam, ale jak to za wcześnie.

Podjeżdża organizator maratonu, odbieram mój przepak, to znaczy tylko kurtkę. Pytam o jakieś piwo czy wodę. Śmiejąc się, odpowiada mi, ze w porcie sobie mogę kupić.

Congrats!! It is done!!

Czyli jednak tak wygląda koniec maratonu na świecie. Koszulki, medale, piwo, jedzenie? To wszystko jest na naszych, jakby nie było socjalnych bardzo maratonach w Polsce, tutaj tego nie ma. Więc tak jak powiedziałem na filmie, jeśli tego oczekujesz, abyś to miał, bo chcesz wartości zwrotnej z wpisowego, to jest to maraton nie dla Ciebie. Jeśli tego nie oczekujesz, to ta trasa jest dla Ciebie pod warunkiem tego, że zaakceptujesz jej brutalność. Ta trasa nie wybacza prawie niczego. A pamiętajmy, że nie padało. Było tylko zimno i gorąco.

Czy wrócę? Tak na pewno tak. I na pewno mój apetyt po tym maratonie wzrósł. Będą kolejne. To już wiem.




Zdjęcia: Matteo Minelli, Marcin Grudziński
Film: https://www.youtube.com/watch?v=yXXn8-nchKc&t=10s

 




Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl